Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

Czy 8 metrów kwadratowych wystarczy do życia?


Jakiś czas temu we Wrocławiu zbudowano budynek, w którym znajdują się same mikroapartamenty. Nazwa nie jest artystyczna, ani podchwytliwa, one naprawdę są mikro! Największa kawalerka ma 27 m kw, a najmniejsza 11,5 m kw. Pomyślałam, że to szaleństwo, że mój wynajmowany pokój jest metrażowo większy. Ogólnie przekonałam się w życiu, że jestem fanką przestrzeni, więc pomyślałam, że nikt tego nie kupi... Z ciekawości popatrzyłam na plan mieszkań- prawie wszystkie sprzedane! Szaleństwo w biały dzień. Oglądam dalej, otwieram wizualizacje i w głowie mi się nie mieści (już nawet w głowie się nie mieści co dopiero tam!) jak się tam zmieścić... Składane łóżka, składane krzesła. Jak rozłożysz jedno, zapomnij o drugim. Ciasno aż serce ściska.

Potem dostałam po własnym nosie, bo dziś siedzę i zachwycam się maleńkimi apartamentami. Może nie dokładnie tamtymi, bo wizualizacje są zimne i nowoczesno puste, ale metrażowo bardzo podobnymi.
Jak to się stało?

(wszystkie filmy są w języku angielskim, można to trochę obejść klikając opcję pod małym kołem zębatym: ustawienia-->napisy-->przetłumacz automatycznie i wybrać język)

Najpierw był film- Capitan Fantastic (bardzo gorąco polecam). I pytanie: czy my naprawdę potrzebujemy tak dużo do mieszkania? Jeśli spędzamy tyle czasu poza domem, czy na dworze, czy z przyjaciółmi, u rodziny, czy w pracy, to wielkość domu przestaje urastać do największych walorów... Tak, wymaga to życia poza domem, ale czy tak do końca stworzeni jesteśmy jako domatorzy? Pojawia się pytanie, a co jak mamy rodzinę? Wspomniany film wiele tu podpowie, ale pierwszy filmik, na który trafiłam w temacie maleńkich domów (ang. tiny houses) to dom małżeństwa z maleńkim dzieckiem:

Ma zaledwie 20 m kw. i da się żyć, nawet więcej: żyć naprawdę szczęśliwie! Powiecie- że to wynika ze stylu życia, takiego trochę hipisowskiego, w mocnym połączeniu z naturą. To chodźmy dalej:



Nowoczesny, stylowy, czysty, jasny dom, do tego na kółkach! Meble nie odbiegają od tych wstawianych do przestrzennych domów, jest nawet sentymentalne krzesło dziadka z odciskiem jego palców po malowaniu. Wejście na piętro przeznaczone do składowania rzeczy w postaci ścianki wspinaczkowej, wszędzie zaadoptowane stare euro palety. Mnóstwo pomysłów!
Inny przykład:


Znów mnóstwo pomysłów: zamknięta w szafie pralka, pomysłowy żyrandol. Maleńka przestrzeń zaadoptowana w bardzo indywidualny sposób.
Maleństwo zbudowane własnoręcznie:

I jeszcze jeden, w przepięknej lokalizacji, a jak się znudzi, można pojechać gdzie indziej. Czynsz w takim miejscu byłby ogromny, a tak jest tanio. Głośniki w ścianach i kuchnia podświetlana na niebiesko? Dlaczego nie- "wolnoć Tomku w swoim domku".

Na podsumowanie maleństwo, które ma 8 m kw. Nie tak urocze jak reszta i jak mówi właścicielka "rozciągnąć się można tylko w jednym kierunku- do góry", ale wciąż zaskakująco funkcjonalne.
I wspaniałe podsumowanie:
"-Co najbardziej lubisz w swoim domu?
-To, że ciągle wymaga ode mnie kreatywności. Próbujesz czy coś zadziała i jeśli nie wychodzi, próbuje inaczej"
Aż strach pomyśleć ile przestrzeni marnujemy, ile moglibyśmy tam zmieścić, lub jak sprytnie zorganizować swoje otoczenie. Fantastyczne jest to, że świetne pomysły na przestrzeń stały się popularne, wręcz modne i możemy tak bawić się czterema kątami;

A wszystko wsparte o jakże popularną dziś ideę minimalizmu, która upraszcza nam życie, pokazuje jak niewiele potrzebujemy i czyści otoczenie z miliona szpargałów, a co za tym idzie czyści umysł i pomaga organizować życie. Mniej miejsca to także mniej miejsca do zrobienia bałaganu, w tych maleństwach po prostu trzeba utrzymywać porządek! Serce ściska? Wręcz przeciwnie! Aż serce rośnie, bo w porządku  ma dużo więcej miejsca.
Czy udałoby Ci się dziś zamieszkać w takiej przestrzeni?

To na pewno potężne wyzwanie dla mnie, bo uwielbiam gromadzić "przydasie" i trudno rozstać mi się z ubraniami (gdzie Ci ludzie trzymają ubrania?!). Mimo to wiem, że wraz z nadchodzącą wiosną trzeba będzie je podjąć i wyczyścić szafy, żeby zmieściło się w nich więcej dobrych myśli i inspirujących planów:)


PS. Blog na trochę zamarł. Jego idea ciągle się zmienia i trochę blokuje to dalsze tworzenie. Więc zanim skończę spór z samą sobą o to co chcę tu zamieszczać, będę wrzucać to co znajdę i co uznam za wartościowe do przekazania/zachowania :) Zapraszam, choć nie potrafię zdefiniować konkretnie na co.

Jesteś piękna! Dlaczego w to nie wierzysz?


Kobieta od zarania wieków jest i cudem i tajemnicą. Nie wiadomo czym bardziej. Dlaczego cudem to chyba każdy interpretuje inaczej. Tajemnicą, bo tak naprawdę nikt na ziemi zrozumieć jej nie może, nawet ona sama. Obok złożonej psychiki, ogromnej zdolności do empatii, wrodzonego instynktu matczynego, siódmego zmysłu został nam kobietom dany cud przekazywania życia. Nie tylko tego fizycznego, ale też duchowego. Rozjaśniamy wnętrza, wprowadzamy przeżycia, jesteśmy bezwzględne wobec szarości życia i ubarwiamy otoczenie.

Skąd więc bierze się w nas ogromny ból i choćby cień niepewności co do naszej piękności? Dlaczego widzimy się w tak ciemnych barwach? Dlaczego krytykujemy siebie same tak surowo? Często to nie otoczenie nas ocenia, a my same jesteśmy najgorszymi krytykami.
Mało się o nas dzisiaj mówi tak jak powinno. Wyretuszowane reklamy i społeczeństwo (też wyretuszowane) jak mantrę powtarza nam, że jesteśmy "nie dość..." "za mało..." albo "za bardzo...". I tak, gdzieś w odmętach duszy zasiano nam niepewność, ogromny niepokój o nasze piękno, a przecież je mamy. Nie na twarzy, nie w rozmiarze, ani stroju. I Bogu dzięki! Bo to wszystko się zmieni, twarz się pomarszczy, rozmiar się zwiększy bądź zmaleje, a strój podrze. Piękno zostanie.

Proponuję tutaj, teraz, podróż przez zaledwie 6 filmików. Nie musisz ich oglądać na raz, ale upewnij się żeby kiedyś obejrzeć wszystkie, bo każdy mówi o czymś ważnym. Poruszają kwestię dla nas bolesne i wiele dają do myślenia:

Genialne doświadczenie DOVE, poproszono kobiety o opisanie siebie i rysowano portret na postawie tego co mówiły, następnie poproszono obcą osobę o opisanie tych samych kobiet i narysowano drugi portret. Rysunki okazały się zupełnie różne... Same dla siebie jesteśmy najbardziej surowymi krytykami.
Gdyby Photoshop istniał w życiu ile byśmy zmieniły? Czy dalej wyglądałybyśmy jak my?

Filmik bazujący na komentarzach ludzi, którzy zawsze będą niezadowoleni. 

I coś z TED'a- ogromnej skarbnicy motywacji, ciekawostek, perełek, wiedzy niebanalnej i niepopularnej, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Tutaj poruszająca historia Cameron Russel, która odkrywa tajemnice modelingu.
Sama nie przepadam za coachami i motywacyjnymi mowami wykrzykiwanymi na scenach, spotkaniach i wiecach, ale ta ma coś w sobie. Coś co pozwala chociaż na chwilę przypomnieć sobie kim się jest.

Dove jest mistrzem w tych filmikach, ogromne brawa dla nich za markę z przesłaniem!
Jeśli miałabyś określić siebie, które słowo być wybrała: przeciętna czy piękna?

Parę słów komentarza: tak naprawdę szukając tych filmików i gromadząc je, robiłam też to dla siebie. Nie po to żeby komukolwiek udowadniać bycie lepszym (bardzo daleko mi do feministki), ale żeby pamiętać, że iskierki życia w oczach nie będą płonąć, bez dokładania do wewnętrznego ogniska przekonania o byciu pięknym. Ta prawda "jesteś piękna" jest odporna nawet na najlepszą pamięć ludzką i trzeba ją sobie (albo nam wszystkim) nieustannie przypominać (tutaj także apel do Panów).


Z obiektywem w stolicy.

Panie i Panowie mam zaszczyt przedstawić: stolica- Warszawa. Wielu z nas tam już było, wszystko zwiedzało i ogolnie nie ma szału. Ja też nie pierwszy raz się tam błąkałam, ale za każdym razem jest inaczej i właśnie ten unikalny smak tego razu na zdjęciach ze sobą przywiozłam. Pogoda raczej nie dopisała (tak szczerze to dopisała, ale w dniu kiedy nie robiłam zdjęć), widoków nieziemskich nie było, ale jakiś taki smak i swoj specyficzny klimat wyszedł.

Jak zawsze zabiegana, z siecią komunikacji miejskiej dużo większą i trudniejszą niż Wrocław. Z oddalonymi od siebie o długie kilometry atrakcjami. Przereklamowana lub wręcz zupełnie niereklamowana, trochę nijaka, bez jakiegoś wspaniałego symbolu czy motywu (mimo tak wielu genialnych kadydatów). Trochę tak jakby stolicą została z przypadku i do dziś z zaskoczenia się nie otrząsnęła i nie wykorzystała sytuacji.
Ot taka Warszawa.











Powroty.


Powroty są zawsze piękne. 
Powroty mają to "coś". 
Dlatego warto wracać, 
choć było już bardzo dość.

Jak kropla wody do morza,
kilometrami hen gna,
Tak ja wracam z daleka,
ile razy się da.

Do pięknych miejsc życia,
historii tkanych jak z nut
i wspomnień gromadzonych 
przez piękny życia trud.

Aby lepiej pamiętać,
rozkładać życie na części,
spisywać przemyślenia
i marzeń gęste treści.

Więc znów od dziś zaczynam,
myślami zapełniać strony,
tym razem trochę inaczej,
by inne zebrać plony

We wspólną podróż wyruszmy
zwiedzić umysłu korytarze,
być może także niejeden 
górski szczyt się ukaże.

Pośród podróży dalekich,
zdjęć zachwycających
doceńmy razem tę podróż
pełną zachwytów fajtających



*w ostatniej linijce słownik rymów zawiódł... Chociaż, czasem czuje jak moje życie fajta mi  w najmniej spodziewanych momentach.

Tak, wracam znów na bloga, pisać i marzyć. A co.

Ważne adresy świąteczne, czyli gdzie mieszka Ten co sponsoruje święta...


Kiedy już pierwsza gwiazdka błyśnie i spróbujemy wszystkich potraw jakie znajdą się na stole przychodzi moment, na który czekamy najbardziej, czyli prezenty. Często zanim znajdą się one nawet w fazie pomysłu najpierw spisane lecą w kopercie do Mikołaja. I nie ukrywajmy, ale to on staje się sponsorem świątecznych niespodzianek. Skoro są listy, to musi być adresat, skoro jest adresat to musi gdzieś mieszkać. Więc gdzie mieszka ten, który jest odpowiedzialny za święta?

Wbrew pozorom z tym miejscem wcale nie jest tam łatwo. W latach 20-tych ubiegłego wieku Fiński redaktor zdradził adres zamieszkania podając wzgórze Korvatunturi, leżące w Laponii. Wg niego, to właśnie tam zamieszkał święty, gdyż wzgórze (nazwa Góra-Ucho) przypomina kształtem ucho i posiada cudowne właściwości nasłuchowe. Dzięki temu można usłyszeć prośby i życzenia dzieci z całego świata. Ponadto i renifery mają lepsze warunki i więcej paszy niż na biegunie północnym. Historia ta spowodowała, że do pobliskiego urzędu pocztowego o niezwykłym kodzie FIN-99999 zaczęły napływać tysiące listów.

Wzgórze Korwantunturi

Po II Wojnie Światowej Mikołaja "przeprowadzono" ponieważ wzgórza znalazły się przy granicy fińsko-rosyjskiej. Od tamtego czasu meldunek wskazuje na stolicę Laponii (części Finlandii)- Rovaniemi. Mieszka tam 58 tys. mieszkańców.
Rovaniemi na mapie
Oficjalny adres przedstawia się tak:
Santa Claus, 
Arctic Circle 
96930 Rovaniemi 
Finlandia

Mikołaj nie byłby na czasie nie posiadając swojej strony internetowej więc skontaktować się można takze tą drogą: www.santaclaus.fi

Istnieją także "zamiejscowe" ośrodki prezentowej centrali. Polska ma swój i tutaj z wielkim zdziwieniem odkrywam, że znajduje się on niewiele ponad 10 km od Ząbkowic Śląskich!
Podobno (bo nie sprawdzałam, a na pewno zrobię to za rok!) w Srebrnej Górze od kilku lat działa Biuro Świętego Mikołaja. Miejsce nieprzypadkowe, bo tuż obok znajduje się wieś Mikołajów, być może jest tam rezydencja letnia...

Adres Mikołaja w Polsce: 
Biuro Listów do Świętego Mikołaja 
Polska Wioska Świętego Mikołaja 
Przystanek Mikołajów 
57-215 Srebrna Góra

Ze względu na szybkość przemieszczania się, Święty ma jeszcze dwa adresy Norweskie oraz jeden Niemiecki. Nie ma się co dziwić, to światowy biznesmen.

Ale tak naprawdę w te święta powinien obchodzić nas tylko jeden adres. Tylko jeden jest słuszny, a jego Właściciel (choć to zameldowanie tymczasowe) jest jedynym, prawdziwym Sprawcą świąt.
Mianowicie chodzi o maleńką stajenkę, na której miejscu dziś wznosi się potężna świątynia (najdłużej nieprzerwanie działający kościół na świecie). Znajduje się w Betlejem.
Betlejem na mapie
Dziś to miejsce wygląda zupełnie inaczej, ale nie traci swojej symboliki. To najsłynniejszy "inkubator" świata, który dzierżawił sam Bóg. Dzięki tym narodzinom dziś dajemy sobie prezenty w święta, bo tak naprawdę solenizant jest jeden, ale jest w każdym z nas... dlatego najbliższym wręczamy podarunki. Wypatrujemy pierwszej gwiazdy, tak jak idący do Jezusa Królowie z daleka (oni wystartowali już wtedy, a doszli dopiero parę dni później). I świętujemy Jego urodziny, warto o tym pamiętać, bo niezaproszenie solenizanta na Jego własną imprezę, to taki średnio kulturalny pomysł...

Więc w te święta zamiast wypatrywać sań z Północy popatrzmy daleko na Południe, bo to tam dzieją się cuda. Zaprośmy Solenizanta i przeżyjmy je w atmosferze ciepła i życzliwości, wśród rodziny. A być może któregoś dnia dojedziemy do Betlejem, żeby samemu odwiedzić to miejsce gdzie narodził się Bóg, tego wam i sobie życzę.

Przepis na udane święta


Przepisy kuchenne dzielą się na te zwykłe i te trochę magiczne. Te zwykłe czas przygotowania potrawy zamykają maksymalnie w paru godzinach, te niezwykłe ciągną się dniami i przywodzą na myśl tajemnicze zaklęcia... Uwielbiam czytać, że mięso musi moczyć się w occie dwa dni po czym jeszcze całą noc leżakować w przyprawach, że nalewkę zlewa się po 20 dniach, a w międzyczasie dodaje 20 liści wiśni (dlaczego tak dokładnie 20?!). Im dłużej coś się przygotowuje tym ważniejsze, smaczniejsze, a na pewno bardziej wyczekane to się wydaje. Tak naprawdę już czekanie dodaje smaku, nawet jeśli to tylko psychologiczna pułapka to ciężko zaprzeczyć, że działa.

Boże Narodzenie to świąta niebanalne. Przede wszystkim pięknie oprawione, zarówno dekoracjami, muzyką czy potrawami. Pora roku też im sprzyja, bo szybko zapadające wieczory rozświetlane są dziesiątkami światełek, co dodaje klimatu. Nie ma drugich tak klimatycznych świąt, zapewne dlatego tak je uwielbiamy...
Do tak ważnego i pięknie celebrowanego czasu warto się przygotować. Stąd mój autorski przepis na to, żeby świeta były jeszcze bogatsze w treści i przeżycia. To składniki przeze mnie przetestowane i zatwierdzone jako działające, więc z całego serca je polecam.

1. Pierniki
U mnie w domu istnieje tradycja, że powolne przygotowania do świąt startują razem z pieczeniem pierników. Dlaczego? Bo dzieje się to zawsze w okolicach pierwszego weekendu grudnia, ponieważ pierniki muszą swoje postać żeby zmięknąć. Niby zwykłe wydarzenie, a tak naprawdę rytuał. Pieczenie trwa sporą część popołudnia i angażuje wszystkich, choć tak praktycznie nie ma takiej potrzeby, ale każdy ma w tym jakąś swój udział. I nie chodzi tutaj tylko o efekt kulinarny, a przede wszystkim o tą wspólnotę przy pracy, celebrację czynności i symboliczną wymowę wydarzenia. Od tego momentu wiadomo, że czekamy na święta. Gdzieś w domu unosi się dyskretnie korzenny zapach, bo pierniki schowane (żeby nikt ich nie podjadał) czekają na swoje wielkie wejście na stół wigilijny. Machina przygotowań startuje i powoli się rozkręca, jednak nigdy przed piernikami.

Jako pierwszy składnik mojego przepisu na święta dorzucam właśnie pierniki, ale nie o nie konkretnie tutaj chodzi, a o jakiś uroczysty, tradycyjny gest startu fizycznych przygotowań świątecznych. Myślę, że warto mieć swój własny, a nie pozwalać wystartować w maratonie świątecznym witrynom sklepów, ani piosenkom w radio. Być niezależnym od tego całego szaleństwa marketingowego, samemu stanowić o celebracji i smakowaniu świąt, nie dać się wkręcić w bieg zakupów, promocji, czy kaprysów pogody to coś co bardzo sobie cenię.

2. Postanowienie
Jest coś wyjątkowego w sile charkteru, która pozwala pewnym rzeczom mówić "nie". Żeby ją mieć, tak jak każdą inną siłę, trzeba po prostu ćwiczyć. I tutaj nadarza się doskonała do tego okazja. Odmówienie sobie czegoś na dłuższą chwilę przed świętami, sprawia że potem świętowanie jest jeszcze radośniejsze, bo cieszymy się także z włąsnego sukcesu w wytrwałości, ale też i końca "czasu próby". Czy trzeba to robić właśnie wtedy, kiedy można spróbować w każdym innym momencie roku? No pewnie, że nie trzeba, ale przed świętami oczekuje praktycznie wszystko. Każdy sklep w jakiś sposób zaznacza czas oczekiwania, stroją się ulice, kościoły, zmienia się muzyka, nawet pogoda czasem próbuje dołożyć piękna... To naprawdę dobry czas, bo otoczenie sprzyja atmosferze napięcia i wyczekania, wtedy nie jest się samemu. Także w podejmowaniu postanowienia, wielu ludzi właśnie wtedy stara się coś zmienić, czegoś sobie odmówić, a wszystko po to żeby potem świętować jeszcze mocniej! ;)

3. Roraty
Całe życie wychowywałam się na roratach wieczornych i byłam absolutnie pewna, że to jedyna słuszna ich forma. Dzisiaj już wiem, że pierwotnie odbywały się one rano i wiele kościołów ma takowe w ofercie. Ma i Maciejówka. Godzina jest skandaliczna, bo na 6:30 to nawet do pracy nie wstaję, ale właśnie to dodaje im smaku i takiej nutki szaleństwa. Pamiętam, że ostatnio kiedy na nie po omacku szłam, z nieprzytomności potykałam się o własne nogi. Ciężkie to było, ale w drodze powrotnej wstawał świt... a tego widoku nie da się zapomnieć.
Strasznie marudzę na te roraty, bo trudno się wstaje, potem człowiek nieprzytomny, ale usłyszałam kiedyś (w odpowiedzi na to moje marudzenie) bardzo prostą obietnicę: im więcej razy wstaniesz i uda Ci się być na roratach, tym lepiej potem święta przeżyjesz. I... coś w tym jest, bo każde czekanie jest niewyspane. Kiedy czekamy na coś (kogoś) często nie możemy spać, niespokojne nerwy nie odpuszczają i sen nie przychodzi, a potem chodzi się jak widmo w dzień.
Więc postaram się wstać, tyle ile mi się uda. Żeby dodać wyjątkowego smaku.

4. #jeszcze5minutek
Znam to, aż za dobrze. Każdego ranka powtarzam w półśnie szukając budzika bez otwierania oczu. Jeszcze żebym powtarzała to raz, to może bym tak nie rościła sobie praw do bycia ekspertem w odsuwaniu drzemki, ale u mnie jednego ranka takich drzemek może być i z 15... nie, nie wszystkie słyszę.
Dlatego rekolekcje Ojca Szustaka od razu mnie kupiły, bo to takie życiowe to "jeszcze 5 minut". Swojski klimat i pora taka że wszyscy będziemy oglądać to jeszcze w łóżku, a wtedy każdy jest niewyjściowy i bardzo naturalny.

Podobno specjalnych rewolucji życiowych ma nie być, ale jeśli ja zacznę wstawać po tych 5 minutach to to już będzie potężna zmiana dla mnie. Łatwiej będzie mi się wstawało z myślą, że coś przygotowane dla mnie czeka, to miłe uczucie i całkiem dobra motywacja do wstawania ;)

Po pierwszych odcinkach widać, że podejmowane tematy są proste i zawierają samą esencję  życia: wykorzystanie chwil, uważniejszego patrzenia na wszystko...
Polecam, bo jest krótko, na temat i w fajnej formie (czyli praktycznie jak zawsze u o. Szustaka).


W moich przygotowaniach to by było wszystko. Tyko tyle, 4 składniki. Wiele i niewiele, tak akurat.
Zmieszać i wykonywać, zgodnie z terminowością. Po 3 tygodniach przewidywany efekt (można odliczać zapalając świece na wieńcu).

Jak świętować 11 listopada?



Jak to powstaje w świadomości?

Przez lata 11 listopada kojarzy nam się z apelami w szkole, gdzie teatralnym wymownym gestem, zrywa się papierowy łańcuch wiszący na mapie Polski lub z grobową miną recytuje wiersze o tym jak zniewoleni byliśmy i jak upragnioną wolność odzyskaliśmy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że praktycznie świętujemy (może raczej pasowałoby tu słowo „upamiętniamy”) niewolę, a o wolności wspominamy gdzieś na końcu licznych historii upadków Polskiej niepodległości. Czy na pewno tak to powinno wyglądać? Wiadomo, że o ludziach, którzy o wolność walczyli wspomnieć trzeba, to naturalne, ale coś nie chce mi się wierzyć, że takie scenariusze świętowania widzieli oni walcząc o swobodę.

 W co szczęśliwszych placówkach szkolnych  trafi się koncert pieśni patriotycznych. I Bogu dzięki! Bo są piękne, warto je znać, a i samo wspólne śpiewanie już coś w człowieku porusza i zmienia. Mamy ich bardzo dużo i obejmują wiele aspektów, od smutku niewoli, przez tęsknotę, do radości zwycięstwa, tak że prześpiewując parę „przeżywamy” piękną historię ze zdrową dawką nastrojów nie pomijając kluczowej (moim zdaniem) radości.

Co dalej?

Kończąc lata szkolne obserwujemy, że jest tylko gorzej. Nie wiedzieć  czemu święto od dwóch lat dla wielu jest okazją do powiedzenia co dziś im w Polsce nie przypada do gustu. Trzeba podkreślić: nikt im tego nie broni, wręcz jest to potrzebne, ale czemu akurat wtedy, kiedy warto by się cieszyć i uczcić pamięć tych, którzy oddali swoje życie korzystając z tego, czego im brakowało najbardziej (czyt. wolności). Nie możemy dzień później wylewać żali? Żeby jeszcze odbywało się to w formie żarliwej dyskusji, a niestety często kończy się licznymi zamieszkami, tak że 11 listopada nad większymi miastami latają helikoptery, a na co drugiej ulicy spotkać można patrol policji. Gdzieś w okolicach rynków organizowane są pochody i demonstracje, rzadko pokojowe.  Znów aż ciśnie się na usta: „Czy na pewno tak to powinno wyglądać?”.

Owszem powstaje piękny zwyczaj (miejmy nadzieję już niedługo będzie tradycją) wywieszania za oknami barw państwowych. I czy to ważne, że dlatego że zostało nam sporo flag po Euro 2012? Nikomu w szafki nie zaglądam, o źródło materiałów nie pytam, doceniam zaangażowanie w osobisty wkład w przeżywanie święta! Oby tak dalej, oby coraz więcej flag  tego dnia wisiało, stwórzmy sobie klimat i nastrój do przeżywania!

W wielu domach spotkać można grający w tle telewizor z sączącymi się obchodami , wprost z Placu przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, ale obejrzenie uroczystości czy włączenie jej żeby była gdzieś w tle dalekie jest od świętowania!

W głowie się nie mieści, że im Polacy przez wieki znani, jako jedni z większych imprezowiczów, z okazji do świętowania robimy bojkot, albo pełną powagi i smutku recytację historycznych porażek. Gdzie radość?! Przecież to nie święto „utraty wolności”, a odzyskania wolności!

Co można zrobić?

  • Może oprócz obejrzenia transmisji z Placu w Warszawie samemu znaleźć grób nieznanego żołnierza? Wbrew pozorom jest ich całkiem sporo. Na starych cmentarzach, czy też na tych nowszych są groby ludzi, często młodych z zaznaczoną organizacją, do której należeli np. ZHP. Młody wiek i zapewne odległa data wskazuje na nienaturalną śmierć… Albo po prostu zapalić znicz przy zbiorowym miejscu? Uhonorować pamięć tych, co za wolność oddali życie.


  • Wziąć udział w organizowanych tego dnia obchodach w mieście. Często jest ich wiele i wcale nie muszą być nudne! To koncerty pieśni patriotycznych, wystawy, przedstawienia, przebierane marsze, a nawet gry miejskie! Panele dyskusyjne czy po prostu wieczorki poetyckie. Zróbmy coś razem z innymi, przeżyjmy razem święto, bo chyba zapomnieliśmy, że najlepiej świętuje się w grupie, że żadne wspomnienia ani przeżycia nie smakują tak dobrze jak wśród przyjaciół, bliskich, czy po prostu innych ludzi, z którymi można podzielić się emocjami.


  • Zróbmy coś, co pozwoli nam uświadomić sobie „wolność”. Nie czujemy tego, na co dzień, bo przyzwyczailiśmy się do tego uczucia. Wielu z nas nie ma pojęcia, co znaczy być w niewoli, ale spróbujmy zrobić coś, przy czym czujemy się wolni. Poczuć wolność żeby móc  za nią podziękować. Idźmy w góry, stańmy na tarasie i zobaczmy potężną przestrzeń przed sobą, pojedźmy przed siebie, pobiegnijmy ile sił w dal, idźmy na niekończący się spacer nocą (kiedyś nie wolno było po 22 wychodzić…). A potem podziękujmy w duchu tym, którzy o to walczyli.

  • Złapanie gitary, zebranie przyjaciół i pośpiewanie w domowym zaciszu piosenek patriotycznych też będzie genialnym pomysłem! Teksty są w prawie każdym śpiewniku ogniskowym, chwyty też się łatwo znajdą z pewnością. Wykorzystajmy to, że ponad połowa naszego narodu potrafi śpiewać (toż widać w każdym programie typu "talent-show"), reszta niech śpiewa co najwyżej ciszej, ważne że z serca. 


  • Można też po prostu porozmawiać z dziadkami o tym jak było, pooglądać jakiś film historyczny (ostatnio mamy ich zatrzęsienie i jest w czym wybierać), spróbować przeżyć walkę razem z innymi. Albo pooglądać jakąś historię Polski w pigułce i zwiększyć tym samym swoją świadomość narodową. Tutaj pigułka, bardzo estetycznie i ciekawie zrobiona:




  • Wersja hard: idźmy na Mszę, szczególnie warto w tym dniu odwiedzić kościoły garnizonowe i przeżyć bardzo uroczystą Eucharystię. Najlepiej z obstawą chóru być może wojskowego! Tak osobiście mówiąc to nigdy nie czuję się bardziej patriotką niż wtedy, gdy śpiewam „Boże coś Polskę…”.

Opcji jest naprawdę dużo, każdy znajdzie coś dla siebie. Tylko przestańmy się zamykać i korzystać z dnia wolnego na pospanie, albo nadrobienie porządków, bo to, że mamy dzień wolny też nas zobowiązuje. Mamy go po to żeby go w całości dobrze wykorzystać świętując.





Odwieczny dylemat: iść szlakiem czy wytyczać nowy?


Jeśli pozwolicie, w podróżnych zapiskach zrobię chwilę przerwy i troszkę miejsca dla innych. Podróże są fascynujące i naprawdę potrafią wciągnąć (czyt. uzależnić). Stają się nieodłączną częścią życia i jak każdą inną rzecz, tak i tą podejmujemy w sposób rozpoznawalny tylko dla nas.  Okazuje się, że mamy w tym swój styl i swoje preferenecje, ale zawsze podążamy jedną z dwóch dróg- inaczej się po prostu nie da.

Pierwsza to wytyczanie nowych szlaków. Ekscytujące, pionierskie i... niebezpieczne? Tak jak to widzę.  Ciężko mnie skłonić do skrótów w lesie, uproszczeń szlaków i "fajniejszych rozwiązań". Raz dałam się namówić... Od tamtego momentu zaczęły dla mnie robić ogromną różnicę poziomice na mapie i zrozumiałam, że jak jest ich dużo w jednym miejscu to nie znaczy, że ktoś miał fantazję i narysował wiele. Po prostu tam jest stromo, a szlak wyginjący się w pokrętne S widocznie musi tak iść, bo prościej bezpiecznie się nie da.

Drugą drogą jest podążanie za kimś. Ogóle jest ona szeroko popularna i korzystamy z niej często, nawet jeśli słabo zdajemy sobie z tego sprawę... Idziemy po szlakach w górach za kimś kto był tam przed nami i ten szlak wytyczył, jedziemy drogą którą ktoś położył w ten, a nie inny sposób, podążając trasą według niego najlepszą, jedziemy komunikacją miejską przekonani, że tak będzie najszybciej (albo najlepiej i najwygodniej), bo ktoś taką drogę ustalił. Przykłady drogowe są dość banalne, ale warto też wspomnieć, że podążanie za kimś to po prostu czytanie instrukcji. Parzenie kawy, instalowanie oprogramowania, czy obsługiwanie sprzętu staje się jasne i proste dzięki nim. Wygodne prawda?
Wygodne i praktyczne. Po co mam robić coś, co komuś już się udało? Jeśli wykorzystam jego wiedzę, czas odkrywania nowych czynności przeznaczę być może na pójście krok dalej niż on. To trochę jak wykorzystanie dziedzictwa kogoś. Jak wspólne budowanie drabiny: wchodząc na stopnie przez kogoś już zamocowane, sami dokładamy nowe klepki...

Jest paru(?) ludzi którym zawdzięczamy mnóstwo szlaków, Pozwólcie, że wam o nich opowiem...

Większość dzisiejszych gości nie jest bardzo rozmowna, krótko i zwięźle mówią o sobie, przytaczając same fakty, a ja skupię się szczególnie na tych podróżniczych.

Pierwszy dżentelmen pochodzi z wioski,  jego rodzina zajmuje się rybołóstwem. Szybko przeprowadza się do miasta i zamieszkuje tam z bratem. Początkowo związany z firmą wodociągową wiele uczy się od swojego przełożonego. Po różnych doświadczeniach życiowych postanawia wyruszyć w niekończącą się podróż. To typ podróżnika-włóczęgi zarażającego swoją pasją innych (szybko wciągnął brata w swoją pasję). Nie przywiązuje się do miejsca, a do ludzi których poznaje po drodze, z którymi potrafi genialnie nawiązać kontakt. Zwiedził m. in. Turcję, Bułgarię, Grecję, okolice Morza Czarnego i zachodni Kaukaz.

Drugi gość do podróży odnosi się nieco inaczej... Sam nie podróżuje, ale ma świadomość jak ważne jest to dla innych. Dlatego buduje most. Może w miastach dziś tego nie czujemy, ale na wsiach często widać jak mocno brzegi rzeki potrafią dzielić przestrzeń. Mimo możliwości dzisiejszego świata nie każdy ma jeszcze swój most i często uzależnieni jesteśmy od mostów już powstałych... Z resztą, chyba każdy doswiadczył objazdów związanych z brakiem lub budową mostów... Właśnie takiemu problemowi wsi postanawia zaradzić nasz bohater, zostawiając pracę w przedsiębiorstwie, a z budowy mostu robiąc misję swojego życia.

Kolejny wspaniał podróżnik to autor (wytyczacz?) szlaku którym dzisiaj podróżują miliony ludzi (nie, to nie szlak na Giewont). Kiedyś szlak obejmował tylko Hiszpanię, dziś możemy nim zejść cały świat. Podróżować można pieszo, konno lub na rowerze, a wszędzie gdziekolwiek zatrzymamy się po drodze będziemy mile widziani. Z charakteru podobno był strasznym cholerykiem i zapalał się jak piorun, bardzo gwałtownie, ale też szybko gasł. Razem z najlepszymi przyjaciółmi tworzył słynną do dziś paczkę znajomych. W swoim życiu widział naprawdę wiele, a wspaniałych wydarzeń jakich był świadkiem ciężko mu nie zazdrościć. Ostatecznie zupełnie stracił głowę dla podróży.

Ostatni gość wyłamuje się ze swoim niesamowitym darem retoryki i genialnym piórem. Jako dziennikarz osiagnął chyba wszystko co można. Jego teksty czytali wszyscy, pisał także wystąpienia dla innych ze względu na swój wybitny talent. Jednak czytanie tego co pisał niczym nie równało się ze słuchaniem go.
Pochodził z Portugalii, a dotrzeć chciał aż do Maroka, jednak zdrowie mu na to nie pozwliło. Większość życia spędził we Włoszech, gdzie m. in. wykładał na uniwersytetach. Nazywa się Ferdynand, ale można go znaleźć również pod innym pseudonimem, powiedzmy "artystycznym".

Wiele różnych historii, każda droga inna, każde życie w jakiś sposób związane z podróżą. 
Panie i Panowie poznajcie proszę w odpowiedniej kolejności świetego Andrzeja, świętego Krzysztofa, świętego Jakuba i świętego Atoniego Padewskiego. Patronów podróżników.

To oni wytyczyli szlaki nie tylko fizyczne, ale też drogi życia osiągając świętość. To za nimi możemy iść patrząc na instrukcję jaką nam pozostawili albo przecierając własne trasy, bo świętość jest celem dla każdego z nas, a życie jest drogą. Zachęcam z całego serca do spotkania ich gdzieś w drodze i poznania. Właściwie nie tylko ich! Bo ludzi o których wiemy, że są święci i są związani z podróżami jest wiele, wiele wiecej (np. Piotr Jerzy Frassati- miłośnik gór)! Od nich szczególnie mocno możemy nauczyć się, co to znaczy "to właśnie droga, sama w sobie jest celem".

A Ty, który styl  podróży wybierasz?

77 raz...

Drogi Pamiętniku!
Dużo tutaj cudów, wspaniałych przeżyć i przygód, ale właśnie dzisiaj warto wspomnieć jak to wszystko się zaczęło... Trzeba zacząć od początku i pierwszego cudu jaki zdarzył się w moim życiu.
A były to urodziny.
22 lata temu postanowiłam nie czekać przewidzianych dla mnie kolejnych 10 dni w brzuchu mamy i przyjść na świat. Pora była idealna, jeszcze lato, miesiąc z r w środku i... urodziny mamy :) Tak oto stałam się kłopotliwym prezentem. Bo ani to oddać komuś dalej, ani dobrze wykorzystać, a kochać trzeba nawet jak się drze.
Spektakularnego wejścia nie miałam, nie krzyczałam na prawo i lewo i wszyscy nie byli mną zachwyceni. Byłam sinym, głodnym i podduszonym pępowiną bobasem, którego ostre jury porodu oceniło 4/10 w skali Apgara. Nieszczególnie dobrze się zapowiadałam. Rokowania były marne, orzeczono "Może być głębokie upośledzenie" i zabrano mnie do tego przeźroczystego pudełka w którym jeszcze trochę dochodziłam do siebie... Więc nici z filmowych scen trzymania w rękach świeżo upieczonego bejbisia, romantyzmu brak.
W planie miałam być Justyną, ale nie wiadomo skąd stanęło na Natalii. Dziś już rozumiemy dlaczego... "natale" to po grecku "dzień urodzin". Po prostu przyszłam na świat w dzień urodzin mamy!

Dzisiaj po smutnej przepowiedni ani śladu. Wydaje mi się, że jestem normalna, a przynajmniej nie odbiegam zbyt mocno od normy ;) Jem dużo, próbując nadrobić braki z brzucha maminego, mówię jeszcze więcej i generalnie słychać mnie z daleka już :D Biorąc pod uwagę moje pierwsze wrażenie "wylizałam" się naprawdę solidnie z opinii szufladkującej mnie w gronie ludzi nie do końca pełnosprytnych. I to uważam za pierwszy w moim życiu cud. Nie byle jaki i naprawdę spektakularny!
Co roku z mamą obchodzimy dzień NASZYCH urodzin, a słysząc kiedy świętujemy nikt nam nie wierzy...
W tym roku dzielimy się tortem sprawiedliwie i każda dokłada swoje "lata".
A więc dla nas obu:
Obyśmy potrafiły z życia czerpać co najlepsze, spełniać marzenia i ubogacać swoimi osobami otoczenie. Nie bały się trudności i mimo wszystko uśmiechały. Oby czuwał nad nami Szef, obdarzał łaskami i błogosławieństwami! I żebyśmy były zdrowe, a przynajmniej szczęśliwe! :)



#6 Bóg, honor, rodzina



Plany były ambitne, a wyszło jak zawsze…

Obudziłyśmy się grubo po 11, co bardzo rozmijało się z założoną godziną wyjazdu. Trasa Stuttgart-Praga była zbyt długa, żeby spokojnie dotrzeć na miejsce w okolicach wieczora, wyjeżdżając koło południa. Nie bardzo wiedziałyśmy też jak trafić na wylotówkę, więc z konieczności zapowiadał się dzień postoju. Jakoś szczególnie nie byłyśmy tym zmartwione…Nie dało się ukryć, że braki w akumulatorach energii, po paru dniach naprawdę ekstremalnych warunków właśnie teraz wychodziły i domagały się uzupełnienia. Nocleg na łóżkach, pod dachem i w ciepłym miejscu był dokładnie tym czego potrzebowałyśmy, a nasze organizmy postanowiły skorzystać z okazji i odrobić braki, kompletnie ignorując budziki. 
Skoro już wstałyśmy to pozostała jeszcze tylko jedna potrzeba do zaspokojenia-głód. Padło na rozmrażaną pizzę, która dla nas była rozpustą, po diecie pasztetowej. W każdym innym momencie życia, rozmrażane jedzenie nie jest szaleństwem, ale autostop zmienia wszelkie perspektywy i jest to kolejna rzecz za którą te podróże uwielbiam! 

Kiedy poprzedniego wieczora dowiedziałyśmy się że dostaniemy własne łóżka, a nie podłogę, dostałyśmy ciepły posiłek i wymarzone piwo, prawie popłakałyśmy się ze szczęścia. To co codziennie jest standardem teraz uchodzi za najwyższą formę luksusu i okazuje się, że bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do tego co mamy. Tak bardzo, że zapominamy zupełnie za to dziękować, a przecież samo to że wstajemy danego dnia i mamy go do dyspozycji jest cudem! Podobno do wygód człowiek przyzwyczaja się już po 3 dniach (faktycznie, po powrocie z pielgrzymki tylko chwilę docenia się prysznic, później traktuje się to jak zwyczajne wyposażenie), dlatego staram się zawsze zapamiętywać to jak się czuję podczas podróży. Starannie kolekcjonuję braki i wszelkie niewygody żeby później móc sobie przypomnieć, że może być gorzej i wzbudzić w sobie wdzięczność. Jakoś tak, wdzięczny człowiek to szczęśliwszy człowiek.

Po posiłku bogów zakopałyśmy się z powrotem w śpiwory i…przespałyśmy cały dzień. Kiedy budziłyśmy się po raz drugi było po 17. Do powrotu chłopaków z pracy była jeszcze chwila, a planach miałyśmy zakupy (z naszym ogromnym majątkiem równym 8 euro) ale odłożyłyśmy je na wieczór.
Z braku zajęć, ale też ogromnej potrzeby podziękowania za gościnę postanowiłyśmy posprzątać (no bo co więcej kobieta potrafi wymyślić?), wypoczęte i szczęśliwe że możemy do czegoś się przydać rzuciłyśmy się w wir pracy.


Wieczorem zostałyśmy zawiezione do marketu. Znów ludzka dobroć i gościnność nas obezwładniła, bo chłopaki postanowili sponsorować nam zakupy (pomimo naszych argumentów, że właściwie potrzebujemy tylko dżemu, a na niego pieniążki mamy), a za punkt honoru postawili sobie wciśnięcie nam wszystkiego co zobaczyli na półkach i stwierdzili, że nam się przyda. Zakupy były ciężką bitwą…
-Weźcie jeszcze to! Żebyście nie były głodne
-Ale to dużo waży, bardzo dociąży nam plecaki 
-Może jeszcze to? Szybko zjecie… 
-Ale my to będziemy nieść na plecach! Nie podniesiemy plecaków! 
-Nie możecie brać tylko, tyle. To wam nawet na dzień nie starczy! 
-Jak nie starczy?! Jechałyśmy tu 5 dni na 1 chlebie, 2 pasztetach i zakąskach, nawet chleb jeszcze mamy.
 Całą walkę usłyszała jakaś Pani stojąca obok nas i odwróciła się z zapałem:
-Panie mieszkają tutaj? Pierwszy raz spotykam, tak miło usłyszeć język polski! 
-My tylko przejazdem, jutro wracamy  
-Oh, szkoda. To zawsze raźniej jak się znajdzie swoich! Ja już nie przeszkadzam, powodzenia! Miło było spotkać.
I zniknęła, my jeszcze chwilę stałyśmy w szoku, na co chłopaki:
-Tyle lat tu pracujemy i mieszkamy,a z nas nikt się tak nie cieszy!
Niby zwykłe spotkanie, a w nas pozostawiło ogromny ślad. Ciężko opisać radość spotkanej Pani, chochliki w oczach zapalone na dźwięk polskich szeleszczących głosek i promienny uśmiech witający rodaków. Widać było, że byłyśmy odpowiedzią na ogromną tęsknotę za krajem, której nie da się wymazać i zagłuszyć. Nam uświadomiło to tragedię osób zmuszonych do emigracji najczęściej zarobkowej.
Chociaż nie to było najtwardszym dowodem cierpienia Polaków. W pokoju w którym nocowałyśmy na ścianie nad materacem obok narysowanego różańca zrobiony był napis (pięknym stylem): ”Bóg, honor, rodzina”. Trzy słowa opisały sytuację lepiej niż godziny konferencji i dyskusji nad emigracją. Żadne rozmowy polityków czy socjologów stada argumentów, wyniki raportów i badań nie równają się z najprostszym i do bólu celowym komentarzem człowieka żyjącego i zarabiającego zagranicą.
    
Kiedyś fundament ”Bóg,honor,ojczyzna” był pierwotnym zestawem wartości, co do których odnosił się mężczyzna, fundamentem kształtującym charakter, podstawą na której budowało się decyzje i całe życie. Oczywiście ojczyzna wiązana była z rodziną, mocno w kontekście ”miejsca gdzie są i mieszkają moi najbliżsi”. Idei o którą warto było walczyć, za nią ginąć i o której byt starano się dopóki sił nie zabrakło. 

Dzisiaj pojęcie ojczyzny mocno upadło w oczach wielu ludzi. Zmuszeni do wyjazdu i rozłąki z rodziną czują się oszukani i opuszczeni, bo nie mogą na miejscu zapewnić godnego życia najbliższym. To nie tylko tragedia osobista…Kiedyś za to hasło ludzie gotowi byli stawać do walki o kraj, dzisiaj nikt by naszych granic nie bronił, nie czując przynależności do społeczeństwa. Ciężko w takiej sytuacji o patriotyzm. Jeszcze ciężej dziwić się ludziom, którzy zmuszeni do opuszczenia domu wracają do niego raz na miesiąc. Rodzina staje się priorytetem i motywacją do codziennej walki, która pochłania mnóstwo sił. Praca opłacana często na poziomie niższym niż podstawowe wymogi daje poczucie poniżenia, a odpowiedzialność za wszystko spada na sytuację w ojczyźnie.


Spotkana kobieta i napis na ścianie w pokoju chłopaków pokazały nam jak na dłoni dwa skrajne podejścia ludzi mieszkających zagranicą. Z jednej strony tęsknotę, z drugiej rozdzierający żal. Szkoda, że taka perspektywa nie dana jest do zobaczenia ludziom, którzy mogą coś w tym zakresie zdziałać...
Po zakupach udajemy się do miasteczka, które znajduje się obok tego w którym nocujemy. Słyszymy jego bogatą historię, oglądamy z daleka panoramę Stuttgartu i widzimy wzgórze stworzone na gruzach pozostałych po II Wojnie Światowej.
-Dziewczyny, ja was nie nudzę? Może nie chcecie nic zwiedzać?
Obawia się nasz przewodnik. Nawet nie wie jak cenne jest dla nas zobaczenie klimatu maleńkiego niemieckiego miasteczka, takiego z prawdziwego zdarzenia i usłyszenie wszystkich opowieści. Autostop daje nam właśnie to przepiękne doświadczenie kultury i charakteru danego państwa, a nie tylko najsłynniejszych zabytków i centrów turystycznych.
W drodze powrotnej widzimy z daleka tor gdzie testowane są samochody Porsche.

Na kolacje tworzymy piękny posiłek, a po nim dosiadamy się do codziennego posiedzenia wieczornego. Chłopaki stają na głowie żeby nas ugościć, chociaż zapewniamy, że nic nam do szczęścia nie potrzeba. Do posiłku mamy dostać wino, ale… nie ma nigdzie otwieracza. I zaczyna się bal. Chłopaki przynoszą największe śruby, wkręcają i próbują wyciągnąć korek, ale ten ani drgnie. Każdy ma inny pomysł na bezpieczne odkorkowanie wina i próbuje wcielić go w życie. My siedzimy i jemy oglądając całą akcję, jak pięciu chłopów biega po mieszkaniu szukając coraz to nowych trików. Bezcenny widok! 
Udało się akurat wtedy kiedy skończyłyśmy jeść:D
Jeszcze puste kubeczki

Kończymy też wino z poprzedniego wieczora, które ma trochę nadwyrężony korek, wiec słyszymy:
-Bo to nie jest banalna butelka! To wino z którym Francuz podczas wojny uciekał a Niemiec do niego strzelał i właśnie o tutaj trafił! To wino historyczne!
Przemiły wieczór niestety szybko dobiega końca, ponieważ następnego dnia wstajemy wcześnie rano żeby jeszcze przed pracą ktoś podwiózł nas na wylotówkę, tym razem naprawdę chcemy wyjechać i dotrzeć do Pragi.
Ciągle słyszymy:
-Może wrócicie ze mną? Ja pojutrze jadę do Polski, nie przez Czechy, ale bezpiecznie dotrzecie do domu?Jakbyście utknęły dajcie znać.
Widać, że nie bardzo wierzą w to że dojedziemy gdziekolwiek bezpiecznie… A mi w głowie tkwi cytat

Statek najbezpieczniejszy jest gdy kotwiczy w porcie, ale nie po to buduje się statki”
Grace Hopper



Autostopowe FAQ, czyli odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania

Ela i "zrób mi zdjęcie, że łapałam stopaaa!"

W opowieści o Francji robię przerwę, a w przerywniku pytajnik z najczęstszymi pytaniami i moje na nie odpowiedzi...

1. Nie boisz się? Ja bym się bał...
(Absolutny hit wśród pytań. Pada od ludzi w każdym wieku i we wszelkich okolicznościach, potrafią je zadać kobiety, ale też dwumetrowi, dobrze zbudowani mężczyźni)
Oczywiście, że się boję, ale staram się strach leczyć modlitwą. Mimo wszystko wierzę, że stoją nade mną anioły i jakoś to moje marne życie zabezpieczają. Jak dotąd się nie pomyliłam, ale też nie robię skrajnych głupot. Zawsze patrzę z kim wsiadam, wyłapuję szczegóły w samochodzie, zbieram mnóstwo informacji o osobie w ten sposób. Mam przy sobie gaz, który mogę zawsze wyciągnąć jednym ruchem, no góra dwoma.
Chyba każdy ma w życiu jakiś rodzaj adrenaliny, który lubi. Ja np. nie oglądam w ogóle horrorów, nie widzę sensu w tym żeby dokładać sobie strachu w mało pewnym i bezpiecznym świecie... Wygląda na to, że autostop jest tą adrenaliną którą uwielbiam! (w sumie cieszę się że ją znalazłam, bo wyglądało na to że unikam w życiu wszelkich zagrożeń, co chyba też nie jest najzdrowsze...)

2. A nie dało się jechać BlaBlaCar'em?
(O dziwo zajmuje drugie miejsce na liście najczęściej występujących)
Tak, dało się, ale tutaj zupełnie nie o to chodzi. Nie chodzi o dotarcie do celu w jak najkrótszym czasie (pomijając autostoprace'y), a o sam fakt drogi. Bardziej liczą się spotkani ludzie, niż przejechane kilometry. To bogactwo które dostaniemy po drodze, niż sam zamierzony cel. Oczywiście, że jest super jeśli cel osiągamy, jeszcze lepiej kiedy potem docieramy w nawet fajniejsze miejsca, ale czasem nie udaje się dotrzeć tam gdzie chcemy i autostop mimo wszystko daje poczucie że podróż miała sens i była po coś. Czasem jedzie się zadziwiająco szybko, a czasem utyka się w miejscu to też wiele uczy. Po prostu sens takiej podróży w samych fundamentach jest inny, a za nimi ciągną się wszystkie inne rzeczy: nastawienie, oczekiwania, wdzięczność, pogoda ducha, odwaga itp.

3. Rozumiem, że jedziesz z Bogiem, ale nie po to dał rozum żeby go używać?
(Mój osobisty hit, który wyszedł od osoby wierzącej!)
Usłyszałam to tylko raz, a odpowiedzi szukałam dobre parę tygodni. W samej prostocie, ale i mocnym przekazie pytanie mnie po prostu zagięło. Mimo wszystko po czasie już wiem jak na nie odpowiedzieć... Jeśli potrafisz nie wyłączając rozumu przyjąć, że Bóg się o Ciebie troszczy, że nigdy Cię nie zostawi, naprawdę nie zabraknie Ci chleba, a Jego działanie jest i je widzisz na każdym kroku to chylę przed Tobą czoła! Bo ja nie potrafię. Wiecznie czujny i wszystko kwestionujący rozum walczy o każdy nawet pozornie nielogiczny i sprzeczny fakt. Znajdzie wątpliwość w największej pewności i dopóki dziada nie wyłączę i nie rzucę się na głęboką wodę autostopu, to nie widzę tego wszystkiego. Więc owszem, dał Bóg rozum, ale czasem trzeba przyznać mu zasłużony urlop i zerwać się ze smyczy logiki.
Dla mnie każda podróż jest rekolekcjami, nie zabieram ze sobą pieniędzy. Potrafilibyście tak? Zostawić jedyne dzisiejsze zabezpieczenie z wiarą, że niczego wam nie zabraknie? Polecam, piękne przeżycie.

4. To nie jest nie fair, że jedziesz z kimś i nie płacisz mu za to?
(Nie przepadam za tą reakcją...)
To kompletne odwrócenie logiki autostopu (ale każdego kota można odwrócić ogonem). Nie mówię do kogoś "Jedziesz do Krakowa? Bo ja planowałam Gdańsk, no weź podskocz!". Jeśli ktoś mnie zabiera to zakładam, że ma po drodze, nie kosztuje go to żadnego dodatkowego wysiłku, a podróży nie chce spędzić sam. Korzyści są wymierne, bo ja jadę dalej, a on (często!) może porozmawiać z kimś kogo więcej nie spotka i powiedzieć naprawdę wszystko. Jadąc słyszałyśmy nieraz historie życia. Czasem było to pełne żalu, czasem kipiące dumą z sukcesów, a czasem zwyczajne, najprostsze na świecie... Ludzie cenią sobie towarzystwo szczególnie na długich trasach kiedy każdą stację radia znają już na pamięć, a powieki niebezpiecznie mocno reagują na grawitację.
Zdarzyła się kiedyś ciekawa wymiana zdań:
-Czemu nas Pan zabrał?
-Może przyniesiecie mi szczęście!
-Wie Pan, że dobro wraca dwukrotnie?
-Żona mówi, że czterdziestokrotnie! 
Czyli dla wielu ludzi jesteśmy okazją do zrobienia czegoś dobrego i czują się z tym naprawdę dobrze!
Przypadków kiedy ludzie podwożą nas dziesiątki kilometrów sobie nie po drodze osobiście nie rozumiem, pozostawiam je w pełnym szacunku milczeniu, bo do takiej dobroci sama jeszcze nie dorosłam, żeby choć spróbować znaleźć w tym logikę.

5. A nie lepiej odłożyć trochę pieniędzy i pojechać z nimi, coś zwiedzić?
Może i lepiej, ale dla mnie autostop jest rekolekcjami. Bardziej skupiam się na tym co tam przeżywam, jak poznaję siebie, czego doświadczam, a nie na odwiedzeniu miejsca. To też czas bez wygód w dość skrajnych warunkach (i właśnie to uwielbiam!). Jest piękno w wakacjach all inclusive z najlepszymi atrakcjami, ale jest też piękno w odpuszczeniu na chwile luksusu (wiecie jak potem smakuje wygoda?! aż ciężko opisać...). Prysznic, ciepłe posiłki, różne atrakcje mam na co dzień i naprawdę cenię chwile kiedy tego nie ma, bo łatwiej to potem docenić. Wiem, że na dłużej niż 9 dni bym nie pojechała, bo już nie dałabym rady, znam swoją granicę. Inaczej się też funkcjonuje w czasie takiej podróży, niesamowite jest nastawienie pełne wdzięczności za wszystko co nas spotyka, bo przecież nikt nie musi nas zabierać, kupować nam kawy, czy dawać pieniędzy... Autostop naprawdę zmienia człowieka, dlatego wciąż słyszę "Autostop to sposób na życie" i podpisuję się pod tym obiema rękami!

6. Co na to rodzice?
(Hah! Serio o to pytacie?)
Są zachwyceni, kibicują mi na każdym kilometrze! Dajcież spokój przecież to jasne, że zadowoleni nie są... Chyba nie ma bardziej oczywistej odpowiedzi na takie pytanie! Siwieją szybciej, bardzo się boją, ale wiedzą że i tak pojadę, bo tego potrzebuję.

O czymś pewnie zapomniałam... Jeśli to zlokalizujecie, dajcie znać, chętnie odpowiem :)

życie w kształcie sinusa

My kobiety mamy w sobie tyle tajemnic i niewyjaśnionych zagadek, że same się w nich gubimy. Gdyby psychikę porównać do tajemniczej krainy, to kształt labiryntu zbyt słabo oddawałby naszą złożoność. Jest to niesamowicie piękne i zachwycające, jeśli potraktujemy to z odpowiednim dystansem i dozą akceptacji, ale na co dzień nie jest to takie łatwe i oczywiste. W związku z tym pisane nam jest życie w kształcie siusoidy.