Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

Przepis na udane święta


Przepisy kuchenne dzielą się na te zwykłe i te trochę magiczne. Te zwykłe czas przygotowania potrawy zamykają maksymalnie w paru godzinach, te niezwykłe ciągną się dniami i przywodzą na myśl tajemnicze zaklęcia... Uwielbiam czytać, że mięso musi moczyć się w occie dwa dni po czym jeszcze całą noc leżakować w przyprawach, że nalewkę zlewa się po 20 dniach, a w międzyczasie dodaje 20 liści wiśni (dlaczego tak dokładnie 20?!). Im dłużej coś się przygotowuje tym ważniejsze, smaczniejsze, a na pewno bardziej wyczekane to się wydaje. Tak naprawdę już czekanie dodaje smaku, nawet jeśli to tylko psychologiczna pułapka to ciężko zaprzeczyć, że działa.

Boże Narodzenie to świąta niebanalne. Przede wszystkim pięknie oprawione, zarówno dekoracjami, muzyką czy potrawami. Pora roku też im sprzyja, bo szybko zapadające wieczory rozświetlane są dziesiątkami światełek, co dodaje klimatu. Nie ma drugich tak klimatycznych świąt, zapewne dlatego tak je uwielbiamy...
Do tak ważnego i pięknie celebrowanego czasu warto się przygotować. Stąd mój autorski przepis na to, żeby świeta były jeszcze bogatsze w treści i przeżycia. To składniki przeze mnie przetestowane i zatwierdzone jako działające, więc z całego serca je polecam.

1. Pierniki
U mnie w domu istnieje tradycja, że powolne przygotowania do świąt startują razem z pieczeniem pierników. Dlaczego? Bo dzieje się to zawsze w okolicach pierwszego weekendu grudnia, ponieważ pierniki muszą swoje postać żeby zmięknąć. Niby zwykłe wydarzenie, a tak naprawdę rytuał. Pieczenie trwa sporą część popołudnia i angażuje wszystkich, choć tak praktycznie nie ma takiej potrzeby, ale każdy ma w tym jakąś swój udział. I nie chodzi tutaj tylko o efekt kulinarny, a przede wszystkim o tą wspólnotę przy pracy, celebrację czynności i symboliczną wymowę wydarzenia. Od tego momentu wiadomo, że czekamy na święta. Gdzieś w domu unosi się dyskretnie korzenny zapach, bo pierniki schowane (żeby nikt ich nie podjadał) czekają na swoje wielkie wejście na stół wigilijny. Machina przygotowań startuje i powoli się rozkręca, jednak nigdy przed piernikami.

Jako pierwszy składnik mojego przepisu na święta dorzucam właśnie pierniki, ale nie o nie konkretnie tutaj chodzi, a o jakiś uroczysty, tradycyjny gest startu fizycznych przygotowań świątecznych. Myślę, że warto mieć swój własny, a nie pozwalać wystartować w maratonie świątecznym witrynom sklepów, ani piosenkom w radio. Być niezależnym od tego całego szaleństwa marketingowego, samemu stanowić o celebracji i smakowaniu świąt, nie dać się wkręcić w bieg zakupów, promocji, czy kaprysów pogody to coś co bardzo sobie cenię.

2. Postanowienie
Jest coś wyjątkowego w sile charkteru, która pozwala pewnym rzeczom mówić "nie". Żeby ją mieć, tak jak każdą inną siłę, trzeba po prostu ćwiczyć. I tutaj nadarza się doskonała do tego okazja. Odmówienie sobie czegoś na dłuższą chwilę przed świętami, sprawia że potem świętowanie jest jeszcze radośniejsze, bo cieszymy się także z włąsnego sukcesu w wytrwałości, ale też i końca "czasu próby". Czy trzeba to robić właśnie wtedy, kiedy można spróbować w każdym innym momencie roku? No pewnie, że nie trzeba, ale przed świętami oczekuje praktycznie wszystko. Każdy sklep w jakiś sposób zaznacza czas oczekiwania, stroją się ulice, kościoły, zmienia się muzyka, nawet pogoda czasem próbuje dołożyć piękna... To naprawdę dobry czas, bo otoczenie sprzyja atmosferze napięcia i wyczekania, wtedy nie jest się samemu. Także w podejmowaniu postanowienia, wielu ludzi właśnie wtedy stara się coś zmienić, czegoś sobie odmówić, a wszystko po to żeby potem świętować jeszcze mocniej! ;)

3. Roraty
Całe życie wychowywałam się na roratach wieczornych i byłam absolutnie pewna, że to jedyna słuszna ich forma. Dzisiaj już wiem, że pierwotnie odbywały się one rano i wiele kościołów ma takowe w ofercie. Ma i Maciejówka. Godzina jest skandaliczna, bo na 6:30 to nawet do pracy nie wstaję, ale właśnie to dodaje im smaku i takiej nutki szaleństwa. Pamiętam, że ostatnio kiedy na nie po omacku szłam, z nieprzytomności potykałam się o własne nogi. Ciężkie to było, ale w drodze powrotnej wstawał świt... a tego widoku nie da się zapomnieć.
Strasznie marudzę na te roraty, bo trudno się wstaje, potem człowiek nieprzytomny, ale usłyszałam kiedyś (w odpowiedzi na to moje marudzenie) bardzo prostą obietnicę: im więcej razy wstaniesz i uda Ci się być na roratach, tym lepiej potem święta przeżyjesz. I... coś w tym jest, bo każde czekanie jest niewyspane. Kiedy czekamy na coś (kogoś) często nie możemy spać, niespokojne nerwy nie odpuszczają i sen nie przychodzi, a potem chodzi się jak widmo w dzień.
Więc postaram się wstać, tyle ile mi się uda. Żeby dodać wyjątkowego smaku.

4. #jeszcze5minutek
Znam to, aż za dobrze. Każdego ranka powtarzam w półśnie szukając budzika bez otwierania oczu. Jeszcze żebym powtarzała to raz, to może bym tak nie rościła sobie praw do bycia ekspertem w odsuwaniu drzemki, ale u mnie jednego ranka takich drzemek może być i z 15... nie, nie wszystkie słyszę.
Dlatego rekolekcje Ojca Szustaka od razu mnie kupiły, bo to takie życiowe to "jeszcze 5 minut". Swojski klimat i pora taka że wszyscy będziemy oglądać to jeszcze w łóżku, a wtedy każdy jest niewyjściowy i bardzo naturalny.

Podobno specjalnych rewolucji życiowych ma nie być, ale jeśli ja zacznę wstawać po tych 5 minutach to to już będzie potężna zmiana dla mnie. Łatwiej będzie mi się wstawało z myślą, że coś przygotowane dla mnie czeka, to miłe uczucie i całkiem dobra motywacja do wstawania ;)

Po pierwszych odcinkach widać, że podejmowane tematy są proste i zawierają samą esencję  życia: wykorzystanie chwil, uważniejszego patrzenia na wszystko...
Polecam, bo jest krótko, na temat i w fajnej formie (czyli praktycznie jak zawsze u o. Szustaka).


W moich przygotowaniach to by było wszystko. Tyko tyle, 4 składniki. Wiele i niewiele, tak akurat.
Zmieszać i wykonywać, zgodnie z terminowością. Po 3 tygodniach przewidywany efekt (można odliczać zapalając świece na wieńcu).

Odwieczny dylemat: iść szlakiem czy wytyczać nowy?


Jeśli pozwolicie, w podróżnych zapiskach zrobię chwilę przerwy i troszkę miejsca dla innych. Podróże są fascynujące i naprawdę potrafią wciągnąć (czyt. uzależnić). Stają się nieodłączną częścią życia i jak każdą inną rzecz, tak i tą podejmujemy w sposób rozpoznawalny tylko dla nas.  Okazuje się, że mamy w tym swój styl i swoje preferenecje, ale zawsze podążamy jedną z dwóch dróg- inaczej się po prostu nie da.

Pierwsza to wytyczanie nowych szlaków. Ekscytujące, pionierskie i... niebezpieczne? Tak jak to widzę.  Ciężko mnie skłonić do skrótów w lesie, uproszczeń szlaków i "fajniejszych rozwiązań". Raz dałam się namówić... Od tamtego momentu zaczęły dla mnie robić ogromną różnicę poziomice na mapie i zrozumiałam, że jak jest ich dużo w jednym miejscu to nie znaczy, że ktoś miał fantazję i narysował wiele. Po prostu tam jest stromo, a szlak wyginjący się w pokrętne S widocznie musi tak iść, bo prościej bezpiecznie się nie da.

Drugą drogą jest podążanie za kimś. Ogóle jest ona szeroko popularna i korzystamy z niej często, nawet jeśli słabo zdajemy sobie z tego sprawę... Idziemy po szlakach w górach za kimś kto był tam przed nami i ten szlak wytyczył, jedziemy drogą którą ktoś położył w ten, a nie inny sposób, podążając trasą według niego najlepszą, jedziemy komunikacją miejską przekonani, że tak będzie najszybciej (albo najlepiej i najwygodniej), bo ktoś taką drogę ustalił. Przykłady drogowe są dość banalne, ale warto też wspomnieć, że podążanie za kimś to po prostu czytanie instrukcji. Parzenie kawy, instalowanie oprogramowania, czy obsługiwanie sprzętu staje się jasne i proste dzięki nim. Wygodne prawda?
Wygodne i praktyczne. Po co mam robić coś, co komuś już się udało? Jeśli wykorzystam jego wiedzę, czas odkrywania nowych czynności przeznaczę być może na pójście krok dalej niż on. To trochę jak wykorzystanie dziedzictwa kogoś. Jak wspólne budowanie drabiny: wchodząc na stopnie przez kogoś już zamocowane, sami dokładamy nowe klepki...

Jest paru(?) ludzi którym zawdzięczamy mnóstwo szlaków, Pozwólcie, że wam o nich opowiem...

Większość dzisiejszych gości nie jest bardzo rozmowna, krótko i zwięźle mówią o sobie, przytaczając same fakty, a ja skupię się szczególnie na tych podróżniczych.

Pierwszy dżentelmen pochodzi z wioski,  jego rodzina zajmuje się rybołóstwem. Szybko przeprowadza się do miasta i zamieszkuje tam z bratem. Początkowo związany z firmą wodociągową wiele uczy się od swojego przełożonego. Po różnych doświadczeniach życiowych postanawia wyruszyć w niekończącą się podróż. To typ podróżnika-włóczęgi zarażającego swoją pasją innych (szybko wciągnął brata w swoją pasję). Nie przywiązuje się do miejsca, a do ludzi których poznaje po drodze, z którymi potrafi genialnie nawiązać kontakt. Zwiedził m. in. Turcję, Bułgarię, Grecję, okolice Morza Czarnego i zachodni Kaukaz.

Drugi gość do podróży odnosi się nieco inaczej... Sam nie podróżuje, ale ma świadomość jak ważne jest to dla innych. Dlatego buduje most. Może w miastach dziś tego nie czujemy, ale na wsiach często widać jak mocno brzegi rzeki potrafią dzielić przestrzeń. Mimo możliwości dzisiejszego świata nie każdy ma jeszcze swój most i często uzależnieni jesteśmy od mostów już powstałych... Z resztą, chyba każdy doswiadczył objazdów związanych z brakiem lub budową mostów... Właśnie takiemu problemowi wsi postanawia zaradzić nasz bohater, zostawiając pracę w przedsiębiorstwie, a z budowy mostu robiąc misję swojego życia.

Kolejny wspaniał podróżnik to autor (wytyczacz?) szlaku którym dzisiaj podróżują miliony ludzi (nie, to nie szlak na Giewont). Kiedyś szlak obejmował tylko Hiszpanię, dziś możemy nim zejść cały świat. Podróżować można pieszo, konno lub na rowerze, a wszędzie gdziekolwiek zatrzymamy się po drodze będziemy mile widziani. Z charakteru podobno był strasznym cholerykiem i zapalał się jak piorun, bardzo gwałtownie, ale też szybko gasł. Razem z najlepszymi przyjaciółmi tworzył słynną do dziś paczkę znajomych. W swoim życiu widział naprawdę wiele, a wspaniałych wydarzeń jakich był świadkiem ciężko mu nie zazdrościć. Ostatecznie zupełnie stracił głowę dla podróży.

Ostatni gość wyłamuje się ze swoim niesamowitym darem retoryki i genialnym piórem. Jako dziennikarz osiagnął chyba wszystko co można. Jego teksty czytali wszyscy, pisał także wystąpienia dla innych ze względu na swój wybitny talent. Jednak czytanie tego co pisał niczym nie równało się ze słuchaniem go.
Pochodził z Portugalii, a dotrzeć chciał aż do Maroka, jednak zdrowie mu na to nie pozwliło. Większość życia spędził we Włoszech, gdzie m. in. wykładał na uniwersytetach. Nazywa się Ferdynand, ale można go znaleźć również pod innym pseudonimem, powiedzmy "artystycznym".

Wiele różnych historii, każda droga inna, każde życie w jakiś sposób związane z podróżą. 
Panie i Panowie poznajcie proszę w odpowiedniej kolejności świetego Andrzeja, świętego Krzysztofa, świętego Jakuba i świętego Atoniego Padewskiego. Patronów podróżników.

To oni wytyczyli szlaki nie tylko fizyczne, ale też drogi życia osiągając świętość. To za nimi możemy iść patrząc na instrukcję jaką nam pozostawili albo przecierając własne trasy, bo świętość jest celem dla każdego z nas, a życie jest drogą. Zachęcam z całego serca do spotkania ich gdzieś w drodze i poznania. Właściwie nie tylko ich! Bo ludzi o których wiemy, że są święci i są związani z podróżami jest wiele, wiele wiecej (np. Piotr Jerzy Frassati- miłośnik gór)! Od nich szczególnie mocno możemy nauczyć się, co to znaczy "to właśnie droga, sama w sobie jest celem".

A Ty, który styl  podróży wybierasz?

życie w kształcie sinusa

My kobiety mamy w sobie tyle tajemnic i niewyjaśnionych zagadek, że same się w nich gubimy. Gdyby psychikę porównać do tajemniczej krainy, to kształt labiryntu zbyt słabo oddawałby naszą złożoność. Jest to niesamowicie piękne i zachwycające, jeśli potraktujemy to z odpowiednim dystansem i dozą akceptacji, ale na co dzień nie jest to takie łatwe i oczywiste. W związku z tym pisane nam jest życie w kształcie siusoidy.