Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Z obiektywem w stolicy.

Panie i Panowie mam zaszczyt przedstawić: stolica- Warszawa. Wielu z nas tam już było, wszystko zwiedzało i ogolnie nie ma szału. Ja też nie pierwszy raz się tam błąkałam, ale za każdym razem jest inaczej i właśnie ten unikalny smak tego razu na zdjęciach ze sobą przywiozłam. Pogoda raczej nie dopisała (tak szczerze to dopisała, ale w dniu kiedy nie robiłam zdjęć), widoków nieziemskich nie było, ale jakiś taki smak i swoj specyficzny klimat wyszedł.

Jak zawsze zabiegana, z siecią komunikacji miejskiej dużo większą i trudniejszą niż Wrocław. Z oddalonymi od siebie o długie kilometry atrakcjami. Przereklamowana lub wręcz zupełnie niereklamowana, trochę nijaka, bez jakiegoś wspaniałego symbolu czy motywu (mimo tak wielu genialnych kadydatów). Trochę tak jakby stolicą została z przypadku i do dziś z zaskoczenia się nie otrząsnęła i nie wykorzystała sytuacji.
Ot taka Warszawa.











Ważne adresy świąteczne, czyli gdzie mieszka Ten co sponsoruje święta...


Kiedy już pierwsza gwiazdka błyśnie i spróbujemy wszystkich potraw jakie znajdą się na stole przychodzi moment, na który czekamy najbardziej, czyli prezenty. Często zanim znajdą się one nawet w fazie pomysłu najpierw spisane lecą w kopercie do Mikołaja. I nie ukrywajmy, ale to on staje się sponsorem świątecznych niespodzianek. Skoro są listy, to musi być adresat, skoro jest adresat to musi gdzieś mieszkać. Więc gdzie mieszka ten, który jest odpowiedzialny za święta?

Wbrew pozorom z tym miejscem wcale nie jest tam łatwo. W latach 20-tych ubiegłego wieku Fiński redaktor zdradził adres zamieszkania podając wzgórze Korvatunturi, leżące w Laponii. Wg niego, to właśnie tam zamieszkał święty, gdyż wzgórze (nazwa Góra-Ucho) przypomina kształtem ucho i posiada cudowne właściwości nasłuchowe. Dzięki temu można usłyszeć prośby i życzenia dzieci z całego świata. Ponadto i renifery mają lepsze warunki i więcej paszy niż na biegunie północnym. Historia ta spowodowała, że do pobliskiego urzędu pocztowego o niezwykłym kodzie FIN-99999 zaczęły napływać tysiące listów.

Wzgórze Korwantunturi

Po II Wojnie Światowej Mikołaja "przeprowadzono" ponieważ wzgórza znalazły się przy granicy fińsko-rosyjskiej. Od tamtego czasu meldunek wskazuje na stolicę Laponii (części Finlandii)- Rovaniemi. Mieszka tam 58 tys. mieszkańców.
Rovaniemi na mapie
Oficjalny adres przedstawia się tak:
Santa Claus, 
Arctic Circle 
96930 Rovaniemi 
Finlandia

Mikołaj nie byłby na czasie nie posiadając swojej strony internetowej więc skontaktować się można takze tą drogą: www.santaclaus.fi

Istnieją także "zamiejscowe" ośrodki prezentowej centrali. Polska ma swój i tutaj z wielkim zdziwieniem odkrywam, że znajduje się on niewiele ponad 10 km od Ząbkowic Śląskich!
Podobno (bo nie sprawdzałam, a na pewno zrobię to za rok!) w Srebrnej Górze od kilku lat działa Biuro Świętego Mikołaja. Miejsce nieprzypadkowe, bo tuż obok znajduje się wieś Mikołajów, być może jest tam rezydencja letnia...

Adres Mikołaja w Polsce: 
Biuro Listów do Świętego Mikołaja 
Polska Wioska Świętego Mikołaja 
Przystanek Mikołajów 
57-215 Srebrna Góra

Ze względu na szybkość przemieszczania się, Święty ma jeszcze dwa adresy Norweskie oraz jeden Niemiecki. Nie ma się co dziwić, to światowy biznesmen.

Ale tak naprawdę w te święta powinien obchodzić nas tylko jeden adres. Tylko jeden jest słuszny, a jego Właściciel (choć to zameldowanie tymczasowe) jest jedynym, prawdziwym Sprawcą świąt.
Mianowicie chodzi o maleńką stajenkę, na której miejscu dziś wznosi się potężna świątynia (najdłużej nieprzerwanie działający kościół na świecie). Znajduje się w Betlejem.
Betlejem na mapie
Dziś to miejsce wygląda zupełnie inaczej, ale nie traci swojej symboliki. To najsłynniejszy "inkubator" świata, który dzierżawił sam Bóg. Dzięki tym narodzinom dziś dajemy sobie prezenty w święta, bo tak naprawdę solenizant jest jeden, ale jest w każdym z nas... dlatego najbliższym wręczamy podarunki. Wypatrujemy pierwszej gwiazdy, tak jak idący do Jezusa Królowie z daleka (oni wystartowali już wtedy, a doszli dopiero parę dni później). I świętujemy Jego urodziny, warto o tym pamiętać, bo niezaproszenie solenizanta na Jego własną imprezę, to taki średnio kulturalny pomysł...

Więc w te święta zamiast wypatrywać sań z Północy popatrzmy daleko na Południe, bo to tam dzieją się cuda. Zaprośmy Solenizanta i przeżyjmy je w atmosferze ciepła i życzliwości, wśród rodziny. A być może któregoś dnia dojedziemy do Betlejem, żeby samemu odwiedzić to miejsce gdzie narodził się Bóg, tego wam i sobie życzę.

Podsumowanie



Bilans podróży:
-8 dni
-31 kierowców
-3800 km
-4 kraje (Polska, Niemcy, Czechy, Francja)
-miliony jednostek dobroci ludzkiej




Po powrocie usiadłyśmy z herbatą pooglądać zdjęcia i dopadło nas ogromne rozczarowanie... Nie oddają tego co widziałyśmy! Ale są pamiątką, wystarczy. Pocztówki lądują na ścianę, żeby nieustannie przypominać o szaleństwie.

Kiedy poszłam do sklepu na zakupy, wyszłam prawie z niczym. Przecież wszystko mam, co mi jeszcze potrzeba? Idąc ulicą odruchowo patrzę na rejestracje samochodów sprawdzając skąd jadą, ten nawyk jeszcze na długą chwilę mi pozostanie. Jest zupełnie inaczej kiedy nie mam na plecach całego dobytku, czuję się jak ślimak bez domku. To dobrze, bo znaczy że mam gdzie spać i czeka na mnie dach nad głową z prysznicem.

Nie ma słów które mogłyby opisać naszą wdzięczność dla ludzi których spotkałyśmy, zabrakłoby ich też dla opisania przeżyć: radości, strachu, zmęczenia, zaskoczenia.
Ja czuję, że znalazłam to po co jechałam. Skompletowałam rozbitą całym rokiem pracy i zawrotnej prędkości zdarzeń duszę, załatałam pajęczynkę pęknięć na porcelanie serducha. Nie przeżyłam jednego momentu w którym nagle świat stał się lepszy, ale nawet na zdjęciach widzę, że w drodze powrotnej inaczej się uśmiecham. I tak jest najlepiej, kiedy serce zmienia się powoli w procesie. Kiedy ostatniej nocy stwierdzam, że jestem strasznie szczęśliwa, chociaż zmęczona i ledwo żywa.

"Ciągnij mnie" :)

Inga okazała się wspaniałą towarzyszką podróży, a to strasznie ważne na autostopie, bo tam kryzys złapie na pewno i wtedy potrzeba, żeby ktoś ciągnął dalej. Sytuacje mogą być po prostu beznadziejne, a nadzieja nie może umrzeć. Jednego można być pewnym, tam w końcu wyjdzie prawdziwy charakter człowieka i wszelkie maski opadną, bo nie będzie już sił na ich podtrzymywanie.


To przede wszystkim była podróż łamania stereotypów, jechałyśmy z ludźmi z którymi gdybyśmy wiedziały kim są nigdy byśmy nawet nie wsiadły, a którzy okazywali nam ogromną dobroć. Nauka na przyszłość- nie można traktować wszystkich grupowo.
Dla mnie też cały trip rozpoczął w życiu ogromną lekcję nadziei i tego żeby nigdy, przenigdy się nie poddawać, bo a nuż za zakrętem trafi się niesamowita okazja! I oczywiście ogromna szkoła zaufania do Szefa, że nie zginiemy, że jeśli lilie polne są tak piękne i nic im nie brakuje to jak mogłoby zabraknąć czegokolwiek nam? Nie byłyśmy nigdy głodne, prawie zawsze czyste, ale przede wszystkim zdrowe! Miałyśmy gdzie spać i nie trzeba było się niczym martwić.

Polecam przepiękną, spaloną słońcem Francję, czyste jak spod igły Niemcy i zachwycającą Pragę (ale nie na autostop, bo się nie wydostaniecie stamtąd).

I przede wszystkim AUTOSTOP! Całym sercem! Przekonajcie się jak niewiele wam potrzeba, jacy ludzie są dobrzy, poznajcie wiele różnych osobowości towarzysząc im przez chwilę w drodze do ich celów! Mam świadomość, że to nie podróż dla wszystkich, jest niewygodna, wymagająca, bardzo pierwotna. Prawdopodobnie osoby zamknięte w sobie nie będą się czuły tam dobrze, bo kierowcy zabierają często żeby nie zasnąć i w końcu wyłączyć radio i tu wkraczamy my z tasiemcowatymi opowieściami o studiach, przygodach, szaleństwie. Można tam na pewno poznać siebie i swoje granice, swoje największe lęki (nasze w ciągu jednego tripu był zupełnie różne!), ale też zachwycić się tym co spotyka po drodze, zobaczyć inne miejsca i zrozumieć, że
Jeśli możesz sobie coś wymarzyćmożesz to zrobić”  
Walt Disney
 Nagle świat nie ma granic, wszystko można osiągnąć tylko potrzeba czasu (jakbyśmy miały ze 2 dni więcej byłby i Paryż!). Nie wraca się stamtąd takim samym człowiekiem.

#9 Trudna droga do domu


Długo nie spałyśmy, może ze 4 godziny. Ciężko było, bo wszyscy imprezowicze wyli do księżyca jak wściekli, więc niski komfort odpoczynku. Miałyśmy wstać o brzasku dnia, ale nie miałyśmy sił i ostatecznie przekimałyśmy do 6. Ze wschodu słońca nici, bo były chmury, więc nawet żal nam nie było. Powoli zaczęłyśmy wygrzebywać się ze śpiworków i kątem oka zauważyłam, że ktoś chodzi obok placu zabaw, ale ponieważ nie wyglądał jakby miał zamiar nas wyganiać to zlekceważyłam go. Spałyśmy na gumowym podłożu pod drabinkami. W pewnym momencie zaalarmował mnie szum, Inga zaśmiała się tłumacząc mi, że to zraszacze. Pakowałyśmy śpiwory do pokrowców, szum ucichł. Parę sekund później woda prysnęła tuż obok nas. Do głowy nam nie przyszło, że zraszacze włączają się po kole i grupami, a właśnie teraz nadszedł czas na tą grupę najbliżej nas. Wystraszone odskoczyłyśmy w stronę drabinek. Możliwe, że włączył je ten sam człowiek, który chodził obok placu zabaw, bo teraz śmiał się z nas obserwując wszystko z balkonu obok. Miło z jego strony, że poczekał aż wstaniemy i dopiero włączył mechanizm.

Wyruszyłyśmy na Most Karola, zobaczyć niecodzienny widok, kiedy prawie nikogo tam nie ma. Skorzystałyśmy z okazji i poprosiłyśmy jakichś niedobitków imprezowych o zdjęcie. Niestety wspaniale to się nie prezentujemy, bo mało snu po nas bardzo widać, a też coś nie mogłyśmy się z chłopakiem dogadać i zdjęcie można skomentować tylko „HĘ?!”.
Nocni imprezowicze

Tak jak założyłyśmy śniadanie zjadłyśmy na zamku, patrząc na panoramę Pragi. Liczyłyśmy na wschód słońca, ale taras zamku nie jest skierowany na wschód...
-Kto buduje taras z którego nie widać jak wstaje dzień?!
Jeszcze raz obeszłyśmy ciekawsze zabytki. Godzina naprawdę nam sprzyjała, prawie nie było turystów!
Mimo wszystko trzeba było się zbierać. 
Gdzie jest Wally?

Katedra była tak wysoka, że najłatwiej oglądało się ją leżąc...




Mój organizm miał naprawdę dość, po ciężkiej nocy i funkcjonował na zasadzie „Szybko zanim zrozumiemy, że nie mamy sił!”. Czyli albo zrobię coś bardzo sprawnie, albo wcale. Długo błąkałyśmy się szukając dobrej linii metra, Ingę nawet opuścił entuzjazm związany z tym, że miała jechać po raz pierwszy w życiu. Całą podróżą była raczej rozczarowana:
-I co? To już? Nic nie widać, hałasuje jak wściekłe… E, marne to.-No, a czego Ty się spodziewałaś?

Po dotarciu na ostatnią stację odwiedziłyśmy jeszcze centrum handlowe i kupiłyśmy bułki i kawę- nasz prawdopodobnie ostatni posiłek za granicą.
Najedzone i prawie rozbudzone poszłyśmy szukać wylotówki na Polskę. Trudno nie było, bo znajdowałyśmy się w miejscu z którego raczej nie dało się nigdzie indziej wyjechać, ale coś było nie tak. Jeździło mało aut, a jeszcze mniej skręcało na wyjazd, wszystkie jechały do miasta... Postanowiłyśmy szukać dalej, być może kawałek dalej była inna wylotówka...
Parę zakrętów dalej faktycznie droga łączyła się z większą zjazdówką, ale wciąż coś było nie tak. Inga zdążyła godzinę pospać na poboczu, a nikt się nie zatrzymywał. Zdecydowałyśmy się iść dalej.
I tak błądziłyśmy dobre 3 kilometry po ślimakach zjazdów próbując iść poboczem i co chwile wycofując się, bo chwilami pobocza nie było, a droga była zbyt niebezpieczna żeby ją przejść z plecakiem.
Nie wiem ile czasu minęło, ale naprawdę zaczęłyśmy wątpić, że wyjdziemy. Dotarłyśmy pod sam znak informujący o starcie autostrady, dalej nie mogłyśmy iść, bo na autostradzie łapać nie można.

Stałyśmy na miejscu wyłączonym z ruchu, co też średnio bezpieczne było, ale nie miałyśmy innej możliwości. I... to okazało się najlepsze wyjście. W końcu zatrzymał się Czech mówiąc, że zabierze nas bo stoimy strasznie niebezpiecznie (no co on nie powie!). Podrzucił nas może z 30 km na stację i zostawił. Tym razem łapała Inga na wjeździe na stację, na próbowałam spać. Ciężko mi to szło, bo samochody przejeżdżały z dużym hukiem, poddałam się po chwili i wstałam. Bogu dzięki! Bo jakiś kilometr dalej stał samochód który zatrzymał się dla nas. Inga nie mogła go zauważyć bo stała tyłem do niego. Złapałyśmy plecaki i ostatkiem sił dobiegłyśmy do niego. 

Kierowca okazał się sympatycznym Słowakiem (naprawę Czesi nie biorą na stopa...), dużo opowiadał o sobie mieszanką polsko-słowacko-angielską. 

-Dokąd Pan jedzie?
-Do dziewczyny :)

Widzimy, że ma rybkę to pytamy o nią:

-W Boga wierzę, ale w Kościół nie. Jan Paweł II to mój friend.
-Pana kto?
-No friend, ja się z nim kumpluję!

Paradoksalne podejście ma do religii, ale ze świętymi się przyjaźni, dobre i to.
Podwiózł nas aż do Hradec Kralowe nadkładając dla nas drogi. Żeby nie było zbyt łatwo zaczęło padać, ale następny samochód złapałyśmy od razu. Tym razem zabrała nas dziewczyna jadąca w odwiedziny do chłopaka. Mówi płynnie po angielsku, więc łatwo się dogadać. 
-Zabrałam was, bo już nie mogę słuchać radia i boję się że zasnę. Mało spałam w nocy, bo mieliśmy występy. 
Jest szczudlarką, to jej hobby. Jej chłopak też jest, na samochodzie ma naklejkę z reklamą na której właśnie jej chłopak robi piruet w powietrzu. 
Słysząc z jak daleka jedziemy i jakiego mamy dziś pecha daje nam bułki.
-Mój chłopak nie lubi jak biorę ludzi na stopa, boi się o mnie, ale o dziewczyny nie powinien być zły.
Dojeżdżamy do Nachodu, a jej chłopak jadąc przed nami przeprowadza nas przez miasto na wylotówkę, ponieważ w mieście są jakieś remonty i nie dałybyśmy rady. Dziękujemy im bardzo.

Jesteśmy pod granicą, to już praktycznie Polska... Strasznie się cieszymy, ale okazuje się że nie będzie tak prosto. Nikt nas nie chce zabrać, jedzie mało aut i już zupełnie się łamiemy. Zmęczenie się odzywa i dokłada swoje...
Po 2 godzinach idziemy kawałek dalej, już za znak graniczny. Znowu okazuje się to idealną decyzją, od razu zatrzymuje się auto... na niemieckich rejestracjach. 
Zabiera nas małżeństwo, które ma rodzinę na Śląsku i jedzie w odwiedziny. Po drodze przystajemy na stacji:
-Dziewczyny jakie hot-dogi chcecie?
-Ależ nie trzeba, nie jesteśmy głodne.
-Nie ma mowy, my jesteśmy na wakacjach, no jakie smaki sosów?
Obydwoje mają świetne poczucie humoru i nie wiadomo czy my zabawiamy ich opowieścią czy oni nas dygresjami dodawanymi między słowami. Podróż zbyt szybko się kończy!
Wysiadamy w Kłodzku. Do Ząbkowic została ostatnia prosta. Zabiera nas dwóch chłopaków, jada do Dzierżoniowa. Pytają czy nic nam nie brakuje...
-W sumie jedzenia mamy aż za dużo, ale skończyła nam się woda.
Zatrzymujemy się w Bardzie i dostajemy po 1,5 litra na głowę.
-Przecież my już prawie w domu jesteśmy, nie trzeba tak dużo!
-Musicie pić żebyście nie padły, weźcie.
Zawożą nas prosto na rynek w Ząbkowicach. 
-Jakbyście chciały kiedyś pozwiedzać Szczeliniec dajcie znać! My ze Szczytnej jesteśmy, pojedziemy razem!
Są tak sympatyczni, że naprawdę bierzemy numery.
Jest niedziela, godzina 17, tuż przed Mszą w jednym z kościołów, więc na nią idziemy z obawy, że nie dotrzemy do Wrocławia na czas. Trochę nie wpasowujemy się w otoczenie, zmęczone, ledwo żywe z plecakami większymi od nas siadamy w ławce. W sumie trochę brudne też byłyśmy...

Po Mszy upieram się i pokazuję Indze chociaż Krzywą Wieżę- tylko na tyle mamy czas. Idziemy na 8-kę i łapiemy stopa. Zabiera nas młode małżeństwo. Znów opowiadamy wszystko, a opowieści nabierają formę wspomnień i czuje się że przygoda się kończy...
Kątem oka zauważamy różańce na ich palcach, więc wspominamy o Maciejówce. Też są z Wrocławia i wiedzą o czym mówimy. Wysadzają nas dokładnie pod moją bramą (szaleni ludzie!). Może z litości, słysząc jak dawno w domu nie byłyśmy... Wysiadamy, zabieramy plecaki i obiecujemy się odezwać i wysłać zdjęcia na meila.
Jesteśmy w domu. 
Taka radość z powrotów 

Odwieczny dylemat: iść szlakiem czy wytyczać nowy?


Jeśli pozwolicie, w podróżnych zapiskach zrobię chwilę przerwy i troszkę miejsca dla innych. Podróże są fascynujące i naprawdę potrafią wciągnąć (czyt. uzależnić). Stają się nieodłączną częścią życia i jak każdą inną rzecz, tak i tą podejmujemy w sposób rozpoznawalny tylko dla nas.  Okazuje się, że mamy w tym swój styl i swoje preferenecje, ale zawsze podążamy jedną z dwóch dróg- inaczej się po prostu nie da.

Pierwsza to wytyczanie nowych szlaków. Ekscytujące, pionierskie i... niebezpieczne? Tak jak to widzę.  Ciężko mnie skłonić do skrótów w lesie, uproszczeń szlaków i "fajniejszych rozwiązań". Raz dałam się namówić... Od tamtego momentu zaczęły dla mnie robić ogromną różnicę poziomice na mapie i zrozumiałam, że jak jest ich dużo w jednym miejscu to nie znaczy, że ktoś miał fantazję i narysował wiele. Po prostu tam jest stromo, a szlak wyginjący się w pokrętne S widocznie musi tak iść, bo prościej bezpiecznie się nie da.

Drugą drogą jest podążanie za kimś. Ogóle jest ona szeroko popularna i korzystamy z niej często, nawet jeśli słabo zdajemy sobie z tego sprawę... Idziemy po szlakach w górach za kimś kto był tam przed nami i ten szlak wytyczył, jedziemy drogą którą ktoś położył w ten, a nie inny sposób, podążając trasą według niego najlepszą, jedziemy komunikacją miejską przekonani, że tak będzie najszybciej (albo najlepiej i najwygodniej), bo ktoś taką drogę ustalił. Przykłady drogowe są dość banalne, ale warto też wspomnieć, że podążanie za kimś to po prostu czytanie instrukcji. Parzenie kawy, instalowanie oprogramowania, czy obsługiwanie sprzętu staje się jasne i proste dzięki nim. Wygodne prawda?
Wygodne i praktyczne. Po co mam robić coś, co komuś już się udało? Jeśli wykorzystam jego wiedzę, czas odkrywania nowych czynności przeznaczę być może na pójście krok dalej niż on. To trochę jak wykorzystanie dziedzictwa kogoś. Jak wspólne budowanie drabiny: wchodząc na stopnie przez kogoś już zamocowane, sami dokładamy nowe klepki...

Jest paru(?) ludzi którym zawdzięczamy mnóstwo szlaków, Pozwólcie, że wam o nich opowiem...

Większość dzisiejszych gości nie jest bardzo rozmowna, krótko i zwięźle mówią o sobie, przytaczając same fakty, a ja skupię się szczególnie na tych podróżniczych.

Pierwszy dżentelmen pochodzi z wioski,  jego rodzina zajmuje się rybołóstwem. Szybko przeprowadza się do miasta i zamieszkuje tam z bratem. Początkowo związany z firmą wodociągową wiele uczy się od swojego przełożonego. Po różnych doświadczeniach życiowych postanawia wyruszyć w niekończącą się podróż. To typ podróżnika-włóczęgi zarażającego swoją pasją innych (szybko wciągnął brata w swoją pasję). Nie przywiązuje się do miejsca, a do ludzi których poznaje po drodze, z którymi potrafi genialnie nawiązać kontakt. Zwiedził m. in. Turcję, Bułgarię, Grecję, okolice Morza Czarnego i zachodni Kaukaz.

Drugi gość do podróży odnosi się nieco inaczej... Sam nie podróżuje, ale ma świadomość jak ważne jest to dla innych. Dlatego buduje most. Może w miastach dziś tego nie czujemy, ale na wsiach często widać jak mocno brzegi rzeki potrafią dzielić przestrzeń. Mimo możliwości dzisiejszego świata nie każdy ma jeszcze swój most i często uzależnieni jesteśmy od mostów już powstałych... Z resztą, chyba każdy doswiadczył objazdów związanych z brakiem lub budową mostów... Właśnie takiemu problemowi wsi postanawia zaradzić nasz bohater, zostawiając pracę w przedsiębiorstwie, a z budowy mostu robiąc misję swojego życia.

Kolejny wspaniał podróżnik to autor (wytyczacz?) szlaku którym dzisiaj podróżują miliony ludzi (nie, to nie szlak na Giewont). Kiedyś szlak obejmował tylko Hiszpanię, dziś możemy nim zejść cały świat. Podróżować można pieszo, konno lub na rowerze, a wszędzie gdziekolwiek zatrzymamy się po drodze będziemy mile widziani. Z charakteru podobno był strasznym cholerykiem i zapalał się jak piorun, bardzo gwałtownie, ale też szybko gasł. Razem z najlepszymi przyjaciółmi tworzył słynną do dziś paczkę znajomych. W swoim życiu widział naprawdę wiele, a wspaniałych wydarzeń jakich był świadkiem ciężko mu nie zazdrościć. Ostatecznie zupełnie stracił głowę dla podróży.

Ostatni gość wyłamuje się ze swoim niesamowitym darem retoryki i genialnym piórem. Jako dziennikarz osiagnął chyba wszystko co można. Jego teksty czytali wszyscy, pisał także wystąpienia dla innych ze względu na swój wybitny talent. Jednak czytanie tego co pisał niczym nie równało się ze słuchaniem go.
Pochodził z Portugalii, a dotrzeć chciał aż do Maroka, jednak zdrowie mu na to nie pozwliło. Większość życia spędził we Włoszech, gdzie m. in. wykładał na uniwersytetach. Nazywa się Ferdynand, ale można go znaleźć również pod innym pseudonimem, powiedzmy "artystycznym".

Wiele różnych historii, każda droga inna, każde życie w jakiś sposób związane z podróżą. 
Panie i Panowie poznajcie proszę w odpowiedniej kolejności świetego Andrzeja, świętego Krzysztofa, świętego Jakuba i świętego Atoniego Padewskiego. Patronów podróżników.

To oni wytyczyli szlaki nie tylko fizyczne, ale też drogi życia osiągając świętość. To za nimi możemy iść patrząc na instrukcję jaką nam pozostawili albo przecierając własne trasy, bo świętość jest celem dla każdego z nas, a życie jest drogą. Zachęcam z całego serca do spotkania ich gdzieś w drodze i poznania. Właściwie nie tylko ich! Bo ludzi o których wiemy, że są święci i są związani z podróżami jest wiele, wiele wiecej (np. Piotr Jerzy Frassati- miłośnik gór)! Od nich szczególnie mocno możemy nauczyć się, co to znaczy "to właśnie droga, sama w sobie jest celem".

A Ty, który styl  podróży wybierasz?

#8 Jak Praga to tylko nocą!


Ogarniamy się, Inga się przebiera (jak przebrała się niepostrzeżenie na środku ulicy, nie mam pojecia, zapytajcie jej) i ruszamy w miasto. Słyszę jeszcze:
-Wyciągniesz mi okulary?
-Przecież nie ma słońca, po co Ci?
-No przecież nie przeciwsłoneczne!
Zupełnie zapomniałam, że nosi okulary! Płaczemy ze śmiechu na środku ulicy, co wygląda przekomicznie, bo przy tym uginamy się kompletnie pod ciężkimi plecakami. Dobrze, że nikt nas tu nie zna…

Rozpoczynamy zwiedzanie, że Praga jest piękna to wszyscy wiemy, więc opowieść o tym przemilczę, za to wzbogacę zdjęciami…

Pan Bóg mieszka na wypasie!
Jak nic, mam błękitną krew!
Tak, na moście też obowiązkowo byłyśmy...
Zdjecie niebanalne, bo na nim w tle jest miejsce naszego noclegu ;)

Chyba każdy ma takie zdjęcie z Pragi, mamy i my!

Didgeridoo...

Z Czechami jest tak jakby całe piękno skondensowało się w Pradze, a na resztę kraju już nie starczyło… Dzięki czemu stolica jest prawdziwą perłą, ale niewiele więcej jest tam do podziwiania, przynajmniej po drodze.
Po dłuższym spacerze zaczynamy użytkowo patrzeć na otoczenie. Nigdzie nie ma darmowej toalety, to duży minus i ciężko wypatrzeć McDonalda, w którym mogłybyśmy rano wypić kawę... Wymieniamy Euro które mamy i okazuje się, że zadecydowanie nie był interes życia. Dużo bardziej opłacałoby się wymienienie Euro na złotówki, a te na Korony, ale rozumiemy to dopiero po fakcie…
Dla porównania dzikiego przelicznika toaleta kosztuje 2 euro lub 20 koron. To są Czechy, tego nie zrozumiesz.
Pod mostem Karola lokalizujemy muzyków, kupujemy kawę w budce obok i siadamy tuż za rogiem. 
Muzycy

I my, na kolacji :)
Mamy kolację przy muzyce granej na żywo, czego chcieć więcej?
Podchodzi do nas Pan puszczający bańki:
-Macie gdzie spać?
-Nie, ale nie planujemy spać. Może nam Pan powiedzieć, jak stąd wyjechać na wylotówkę do Polski?
I tak dowiedziałyśmy się, że musimy znaleźć metro i trafić na stację ”Czarny Most”.
Siedzimy jeszcze chwilę, a do tabliczki obok nas podchodzi jakiś Pan z synem.
-Widzisz?! Dotąd zalało. Tyle tu mieszkasz i nie wiesz

Wychylamy się, faktycznie! Siedzimy pod tabliczką pokazującą poziom wody podczas powodzi.
Tak wysoko była woda...
Zbieramy się i idziemy dalej.
Nasze zwiedzanie zostaje zdeterminowane szukaniem toalety. Ustalamy, że wrócimy na zamek o wschodzie słońca i tam zjemy śniadanie. Po drodze wchodzimy do sklepu gdzie komponuje się zapachy. Poruszamy się jak słonie w składzie porcelany, bojąc się cokolwiek strącić plecakami. Właściciel opowiada nam o budowaniu zapachu i macha przed nam i różnymi korkami od buteleczek. Przypomina magika, a to, co powstaje trochę jest jak czary, bo zapachy łączą się i faktycznie powstaje coś nowego i niesamowitego! Przypomina mi się książka ”Pachnidło”…
Błąkamy się po uliczkach szukając jakichś krzaków czy czegokolwiek. Jak na złość nic nie ma. Schodzimy między kamieniczkami, a ja w trampkach ślizgam się na wytartej kostce, ledwo wracam do pionu, łapię się barierki, która okazuje się być oderwana i tylko nałożona na słupek, więc spada mi na nogę. Tego już nie wytrzymujemy, siadamy tam gdzie stoimy i płaczemy ze śmiechu. Podchodzi do nas jakiś facet w czarnej koszulce, taki motocyklista, i pyta czy wszystko w porządku.
-Tak, nie jesteśmy pijane, tylko bardzo potrzebujemy do toalety, a szukamy jej już dobre pół godziny.
-To nie łatwiej wejść do baru, na przykład tu?
I pokazuje wejście tuż obok nas. ”Kurde, no może i łatwiej, ale nie mamy na to pieniędzy za bardzo…” Potrzeba jednak wygrywa poddajemy się i idziemy do toalety. Szukam 20 koron, ale co chwilę wydobywam tylko euro. W końcu rezygnuję i płacę w Euro, nie mogąc przeboleć, że w koronach to marne grosze są…
-Ileś Ty jej zapłaciła na złotówki? –pyta Inga.
-8 zł
-a ile mogłaś zapłacić?
-1,4 zł
-Co?!
-No, co ja Ci poradzę?
Czekam w kolejce, podchodzi ten sam motocyklista, co nas chciał zbierać z ziemi.
-Skąd jesteście?
-Z Polski, jedziemy z Francji i wracamy do domu
-My z Rosji, przyjechaliśmy na festiwal, a teraz po prostu siedzimy i pijemy.
Rozglądam się po barze. Na ścianie wisi siekiera i piła, nie ma tynków tylko surowa cegła, pomieszczenie jest słabo oświetlone. No naprawdę, przeuroczo.
W toalecie szukam koron, wychodzę i wręczam Indze.
-Jak chcesz idź i powiedz, że jedziemy do Niemiec i potrzebujemy euro, a znalazłyśmy korony.
Wymieniła. Barmanka zadowolona nie była, ale nie miała wyjścia, musiała wymienić.
Wychodzimy i słyszymy:
-Spieszycie się?
To znajomi Rosjanie.
-Nie
-To może siądziecie na piwo.
-Nie lubimy piwa.
-To może sok?
-Niee, musimy iść.
-Chociaż wodę?
-Naprawdę musimy iść.
Na odchodne zauważam ogromne mięso stojące na środku stołu. A mogłyśmy pić piwo i wgryzać się w udko kurczaka, idealnie komponując się z wystrojem…
W planie było całonocne zwiedzanie Pragi, ale powoli nie dajemy rady, więc myślimy o noclegu. Jednak przede wszystkim idziemy zobaczyć gdzie jest metro, żeby móc się wydostać następnego dnia.
W całej Pradze jest jedna wielka impreza, trudno się dziwić jest sobota wieczór… Z ostrożności omijamy pijane grupki ludz.i
Po drodze idę i marudzę:
-Kuurcze, zaprosiłby nas ktoś gdzieś.
-Przecież Cię zapraszali Rosjanie, co marudzisz?- śmieje się Inga.

Coś jakby Wenecja?

Pięknie było!

Inga ukradła węża...

Znajdujemy stację, ogarniamy linie metra i stację gdzie mamy wysiąść, ale nigdzie nie ma cennika. Musimy do niego zejść na dół do kas. Przed nami jakieś 30 stopni, co nas trochę podłamuje, ale dzielnie schodzimy. Mamy 100 koron, musi starczyć na bilety i poranną kawę…
Stajemy przy kasie i szukamy cen biletów, starczy nam funduszy, ale nie wiem czy kupić pół godzinne czy godzinne… I właśnie w tym momencie rzuca się na nas grupa 10 mężczyzn, tak gdzieś koło pięćdziesiątki. To Niemcy. Przyparli nas do tablicy mierząc w nas swoimi biletami.
-Weźcie nasze bilety!
-Słucham?
-No weźcie bilety! Wy ich potrzebujecie, my nie.
-No, ale jak to?
-Po prostu weźcie.
Iż niecierpliwieni wciskają nam bilety w ręce.
-Ale dlaczego?
-Jak powiecie dziękuję, to wystarczy.
-Dziękuję?
Cała akcja trwała może z 10 sekund. Zniknęli tak szybko jak się pojawili.
Ogólnie jestem gadułą i rzadko brakuje mi słów, ale to był właśnie jeden z tych momentów. Przez następną godzinę chodziłyśmy, a potem siedziałyśmy jedząc w kompletnej ciszy. Nie miałyśmy pomysłów na komentarz, no po prostu nic nie przychodziło do głowy…
Nawet nie zdążyłyśmy zaapelować do Szefa, że przydałyby się bilety, a nie wiemy, co kupić Jeszcze zanim o tym pomyślałyśmy bilety miałyśmy już w ręce!
Siedziałyśmy obok jakiegoś rynku jedząc parówki i po prostu patrząc przed siebie. Ludzie dziwnie obcinali nas wzrokiem, ale mało nas to obchodziło. Po jakimś czasie jedyne na co było mnie stać to:
-Wiesz co Inga… Chyba jestem szczęśliwa. Tak naprawdę szczęśliwa…
-Ja też.
Zbieramy się, podchodzi do nas dwóch młodych chłopaków, trochę wstawionych. Zagadują pytając, gdzie jest rzeka. Dość dziwne pytanie, ale pokazuję stronę. Rozmawiamy chwilę. Okazuje się, że byli we Wrocławiu i najbardziej pamiętają… Nynka i genialny kebab z frytkami. Są tak zachwyceni, że upierają się, że pokażą nam zdjęcie w telefonie pokazując przy okazji milion innych.
Mimo, że są pijani nie wyglądają na szkodliwych. Jeden jest wyjątkowo śmiały:
-Ja się z Tobą ożenię! Z Tobą też bym się ożenił, ale wybacz, za wysoka jesteś (pokazując na Ingę)
To Ci osobliwy gentelman…
Szukamy miejsca do spania. W centrum Pragi ciężko powiedzieć, co mogłoby nam pasować. Chcemy rozłożyć namiot, chociaż noc jest na tyle ciepła i mamy tak mało godzin snu przed sobą, że w sumie nie jest nam on potrzebny.  W końcu znajdujemy plac zabaw pod mostem. Miejscówka jest genialna, bo nikt nas tam nie widzi (jest nieoświetlony), ale my widzimy wszystko naokoło. I też droga wejścia jest tylko jedna, więc zagrożenie może przyjść tylko z jednej strony. W ten sposób lądujemy pod mostem, ale jakim mostem!:D

 
Szukamy katedry, no musi gdzieś tu być jak ją już widać!

-Co Ty robisz?
-Sprawdzam czy mamy równo zapakowane plecaki...

Taaaaka wielka katedra!
Like a boss.