Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

Podsumowanie



Bilans podróży:
-8 dni
-31 kierowców
-3800 km
-4 kraje (Polska, Niemcy, Czechy, Francja)
-miliony jednostek dobroci ludzkiej




Po powrocie usiadłyśmy z herbatą pooglądać zdjęcia i dopadło nas ogromne rozczarowanie... Nie oddają tego co widziałyśmy! Ale są pamiątką, wystarczy. Pocztówki lądują na ścianę, żeby nieustannie przypominać o szaleństwie.

Kiedy poszłam do sklepu na zakupy, wyszłam prawie z niczym. Przecież wszystko mam, co mi jeszcze potrzeba? Idąc ulicą odruchowo patrzę na rejestracje samochodów sprawdzając skąd jadą, ten nawyk jeszcze na długą chwilę mi pozostanie. Jest zupełnie inaczej kiedy nie mam na plecach całego dobytku, czuję się jak ślimak bez domku. To dobrze, bo znaczy że mam gdzie spać i czeka na mnie dach nad głową z prysznicem.

Nie ma słów które mogłyby opisać naszą wdzięczność dla ludzi których spotkałyśmy, zabrakłoby ich też dla opisania przeżyć: radości, strachu, zmęczenia, zaskoczenia.
Ja czuję, że znalazłam to po co jechałam. Skompletowałam rozbitą całym rokiem pracy i zawrotnej prędkości zdarzeń duszę, załatałam pajęczynkę pęknięć na porcelanie serducha. Nie przeżyłam jednego momentu w którym nagle świat stał się lepszy, ale nawet na zdjęciach widzę, że w drodze powrotnej inaczej się uśmiecham. I tak jest najlepiej, kiedy serce zmienia się powoli w procesie. Kiedy ostatniej nocy stwierdzam, że jestem strasznie szczęśliwa, chociaż zmęczona i ledwo żywa.

"Ciągnij mnie" :)

Inga okazała się wspaniałą towarzyszką podróży, a to strasznie ważne na autostopie, bo tam kryzys złapie na pewno i wtedy potrzeba, żeby ktoś ciągnął dalej. Sytuacje mogą być po prostu beznadziejne, a nadzieja nie może umrzeć. Jednego można być pewnym, tam w końcu wyjdzie prawdziwy charakter człowieka i wszelkie maski opadną, bo nie będzie już sił na ich podtrzymywanie.


To przede wszystkim była podróż łamania stereotypów, jechałyśmy z ludźmi z którymi gdybyśmy wiedziały kim są nigdy byśmy nawet nie wsiadły, a którzy okazywali nam ogromną dobroć. Nauka na przyszłość- nie można traktować wszystkich grupowo.
Dla mnie też cały trip rozpoczął w życiu ogromną lekcję nadziei i tego żeby nigdy, przenigdy się nie poddawać, bo a nuż za zakrętem trafi się niesamowita okazja! I oczywiście ogromna szkoła zaufania do Szefa, że nie zginiemy, że jeśli lilie polne są tak piękne i nic im nie brakuje to jak mogłoby zabraknąć czegokolwiek nam? Nie byłyśmy nigdy głodne, prawie zawsze czyste, ale przede wszystkim zdrowe! Miałyśmy gdzie spać i nie trzeba było się niczym martwić.

Polecam przepiękną, spaloną słońcem Francję, czyste jak spod igły Niemcy i zachwycającą Pragę (ale nie na autostop, bo się nie wydostaniecie stamtąd).

I przede wszystkim AUTOSTOP! Całym sercem! Przekonajcie się jak niewiele wam potrzeba, jacy ludzie są dobrzy, poznajcie wiele różnych osobowości towarzysząc im przez chwilę w drodze do ich celów! Mam świadomość, że to nie podróż dla wszystkich, jest niewygodna, wymagająca, bardzo pierwotna. Prawdopodobnie osoby zamknięte w sobie nie będą się czuły tam dobrze, bo kierowcy zabierają często żeby nie zasnąć i w końcu wyłączyć radio i tu wkraczamy my z tasiemcowatymi opowieściami o studiach, przygodach, szaleństwie. Można tam na pewno poznać siebie i swoje granice, swoje największe lęki (nasze w ciągu jednego tripu był zupełnie różne!), ale też zachwycić się tym co spotyka po drodze, zobaczyć inne miejsca i zrozumieć, że
„Jeśli możesz sobie coś wymarzyć, możesz to zrobić”  
Walt Disney
 Nagle świat nie ma granic, wszystko można osiągnąć tylko potrzeba czasu (jakbyśmy miały ze 2 dni więcej byłby i Paryż!). Nie wraca się stamtąd takim samym człowiekiem.

#7 Powiedz, co słuchasz w samochodzie, a powiem Ci kim jesteś…


Kolejny dzień wyprawy zaczyna się dobrze, chociaż plecaki wypakowane mamy ponad swoje siły (a mówiłyśmy że będą za ciężkie od jedzenia!). Naszym punktem startowym jest stacja tuż przed wjazdem na autostradę. Pełne optymizmu łapiemy samochody na rękę (czyli bez tabliczki) zaczynając dzień modlitwą za tych którzy nam się zatrzymają i dziękując za tych którzy wspaniale nas ugościli. Długo nie łapiemy, zatrzymuje się trochę większy samochód na niemieckich rejestracjach, dogadujemy się swobodnie po angielsku, podwiezie nas 50km dalej, ale już na stację na autostradzie, czyli idealnie!


-Często bierze Pan ludzi na stopa? 
-Prawie w ogóle, ale jesteście w wieku moich córek, a one też tak kiedyś jeździły, dzisiaj już mają swoje samochody.
W ogóle nie wiem czy wiecie, ale gdybyście nie były razem to żaden Niemiec by was nie wziął. Bo to nie wypada żeby mężczyzna jadąc sam zabrał kobietę.
Po tej informacji już nigdy nie będę bała się jazdy z Niemcami! Ogólnie niewiele wiedziałam o tych ludziach, a w sobie miałam jakąś podświadomą niechęć do nich, dość dużą, bo jak tylko mogłam w szkole zrezygnowałam z niemieckiego żeby uczyć się jakiegokolwiek innego języka (padło na rosyjski, chociaż nie wiadomo który wróg gorszy…). Dzisiaj tego żałuję, bo w sumie nie nauczyłam się żadnego z nich na poziomie chociaż zadawalającym, a niemiecki by się przydał. Podróż przez Niemcy pozwoliła mi wyrobić zdanie na temat mieszkańców tego kraju zupełnie odmienne od tego co miałam (i w końcu rzetelne, bo nie kreowane na podstawie schematów, a doświadczeń ). Dzisiaj nie pozwolę o nich złego słowa powiedzieć, a dlaczego to się za chwilę okaże.
Nasza podróż szybko dobiegła końca, a nasz kierowca ciągle przepraszał nas, że podwiózł tylko 50 km. Rozumiecie paradoks sytuacji? Zabiera nas, my jesteśmy szczęśliwe, że jedziemy gdziekolwiek dalej, a on przeprasza że taki krótki dystans, no można i tak…
Wysiadamy, ja wygrzebuję plecaki, podnoszę głowę i widzę wymierzone we mnie 10 euro.

-Macie, na kawę! 
-Nie możemy tego wziąć, to dużo pieniędzy… 
-Nie piłyście kawy, a jest rano, weźcie!
Bierzemy, odjeżdża, a my zostajemy w ciężkim szoku. Jechałyśmy zbyt krótko żeby opowiedzieć o tym, że jedziemy bez pieniędzy, więc dostałyśmy fundusze tak po prostu, bo jest rano i każdy chce wypić kawę…
Idziemy na stację, po napój przytomności i siadamy wcinając drożdżówki. Jesteśmy bardzo zadowolone, bo dzień zaczyna się pięknie!
Po śniadaniu idziemy na drogę wyjazdową ze stacji, która jak się okazuje jest ogromna (jest tam nawet Burger King!). Z takich miejsc bardzo łatwo wyjechać, bo jedzie mnóstwo osób i ktoś zawsze zabierze. Kierujemy się na Norymbergę, ale łapiemy „na łapkę”, bo przecież w jednym kierunku wszyscy stąd wyjeżdżają na autostradę. Wczesna godzina trochę nam nie sprzyja, bo ruch jest mały, ale nie tracimy optymizmu. Łapiemy dość długo, więc wykorzystujemy okazję i sporo o sobie opowiadamy, w sumie nie zauważamy jak czas leci W jednym z zatrzymujących się aut, siedzi rodzina Nie wiem gdzie chcieli nas tam upchnąć, chyba na dach ale pytali gdzie jedziemy Okazało się, że nam kompletnie nie po drodze więc uprzejmie dziękuję i życzę im dobrego dnia Po czym słyszę

-Piłyśćie?
Może nie znam Niemieckiego wybitnie, ale jestem pewna że pytanie zrozumiałam, kompletnie nie wiem o co chodzi

-Słucham? 
-No piłyście?
W końcu odzywa się córka kierowcy po angielsku:

-Piłyście już kawę? Bo jak nie to damy wam pieniądze.
Faktycznie widzę wymierzone we mnie 20 euro tym razem. Nasze fundusze, to jakieś 12 euro w sumie. Czujemy się bogate i uważam, że nie na miejscu byłoby zabranie tych pieniędzy.

-Dziękujemy, my już po kawie, mamy pieniądze, dobrego dnia.
Kim są ludzie, którzy tak po prostu chcą nam dać pieniądze nie potrafimy zrozumieć, ale nigdzie indziej nie spotkałyśmy się z takimi sytuacjami.
Ze stacji wyjeżdżamy z dwoma młodymi Niemkami, z których żadna nawet nie duka po angielsku. Nie najlepszy był to pomysł, bo zawożą nas jakieś 5km dalej i zostawiają na zatoczce, gdzie mieści się jeden tir, a jedyną atrakcją (chyba na otarcie łez) jest drewniany stół z ławkami. Nikt tam nie zajeżdża i aż głupiejemy gdzie łapać stopa. Co one miały na myśli zawożąc nas tam, do dzisiaj nie rozumiemy, to przypadek ludzi, którzy może i mają dobre chęci, ale zupełnie nie rozumieją mechanizmu autostopu i wywożą Cię w najbardziej niedostępne i nielogiczne miejsce.
Ostatecznie stajemy przy wjeździe (dokładnie odwrotnie niż zawsze) z ogromnym napisem żeby cokolwiek było widać Inga wystaje na autostradę i próbuje coś złapać, a ja robię jej zdjęcie („bo w końcu widać jak łapiemy”), po czym sama chcę być na zdjęciu więc odwracam się i Bogu dzięki, bo widzę, że zatrzymał się dla nas samochód z przyczepą. Nie mógł zjechać na zatoczkę, bo nie wyhamowałby do skrętu, więc stanął na poboczu autostrady. Krzyczę na Ingę, bo mimo tego, że stoi obok mnie jest taki hałas z drogi, że słabo się słyszymy. Zabieram plecak i biegnę ile tylko sił. Kierowca widział, że go nie widzimy i już nawet szedł w naszą stronę Szybko pakujemy plecaki, bo nie wolno mu stać tam gdzie się zatrzymał i wsiadamy do auta W zatoczce stoi jakaś grupa młodych chłopaków i gwiżdże widząc jak się pakujemy, a kierowca grozi im palcem i wsiada, odjeżdżamy.
Jak dotąd nie powiedziałyśmy ani słowa, bo nie było czasu Pytam czy mówi po angielsku.

-Angielsku, niemiecku, grecku, francusku i turecku. Bo ja z Turcji jestem. 
-Angielski wystarczy- śmieję się i zamieram.
Nie wyglądał zupełnie na Turka… Inga zasypia, a ja rozmawiam z naszym kierowcą. Jest bardzo miłym i otwartym człowiekiem. Zna tyle języków, bo ma wielu przyjaciół z różnych krajów, nawet słyszę komentarz o Polakach:

-Moi przyjaciele z Polski za dużo piją!
-No wie Pan, pijemy tyle, co wszyscy, tylko alkohol mamy mocniejszy… 
-Nie, nie zdecydowanie za dużo piją!
Słuchamy Tureckiej muzyki i co chwilę słyszę komentarz:

-To można usłyszeć na weselach, a ten wykonawca już nie śpiewa, mafia go postrzeliła i ma uszkodzone struny głosowe…
Mówi, że nie lubi Niemiec, wiec pytam, czemu stąd nie wyjedzie. Z opowieści wynika, że mieszkał w wielu krajach (żon też miał w sumie 3; nie, nie naraz).

-Tu jest moje miejsce, nie mogę stąd wyjechać. Tak wyszło.
Zajeżdżamy na stację na postój toaletowy, zostajemy w aucie i czekamy.
Inga wspomina, że nie czuje się dobrze w takim towarzystwie, ale już nie daleko do celu więc jakoś dojedziemy. Turek wracając do auta czegoś wypatruje na stacji…

-Szukałem jakiejś tureckiej rejestracji, zawsze się witamy z rodakami, może ktoś by wam zrobił oryginalną herbatę…
Ku naszemu przerażeniu objeżdża stacje i znajduje tira. Podjeżdża i zaczyna rozmowę:

-Salam malejkum!
…a ja kalkuluję sytuację. Dwóch Turków na dwie dziewczyny to podejrzanie równe siły, tak przynajmniej byłyśmy w większości… Słyszę, że pyta, czy tamten nie zabrałby nas do Pragi, na szczęście okazuje się, że ma długi postój!
Jedziemy dalej. Jak opuszcza mnie przerażenie jestem w stanie docenić to, że chciał żebyśmy spróbowały oryginalnej herbaty, mimo wszystko cieszę się, że nikt nam jej nie chciał zaserwować.
Podróż jest kolejnym policzkiem wymierzonym moim stereotypom. Gdybym wiedziała z kim wsiadam, nie wsiadłabym, ale łapanie stopa na środku autostrady sprawia, że narodowość mało się liczy, a okazuje się, że często obawy są bezpodstawne.
Wysiadamy na ogromnej stacji i decydujemy się na posiłek Nie jesteśmy głodne, po prostu musimy odciążyć chociaż trochę plecaki. Siadamy pod budynkiem, tuż obok innych autostopowiczów, którzy siedzą od razu z tabliczką ”podwieź nas”. Mają zupełnie inny styl łapania stopa. Ja się im trochę dziwię, bo czekają aż ktoś specjalnie do nich podejdzie ich zabrać… Możliwe, że to działa, kto wie.
My idziemy na drogę wyjazdową, zaczyna padać i ubieramy płaszcze. W sumie to plus, na pewno nas widać, ale nie bardzo chcą nas ludzie zabierać i mokną nam kciuki, które ledwo widać spod peleryn. Nadjeżdża auto na Holenderskich rejestracjach. Łatwo poznać z daleka, bo mają czarne litery na żółtym tle… Z doświadczenia wiemy, że Holendrzy nawet nie patrzą na autostopowiczów i są wyjątkowo niechętni do zabierania. Mimo to wyciągam rękę komentując:

-To NL, na pewno nie weźmie, ale co nam szkodzi…
I właśnie to auto się zatrzymuje. Starsze małżeństwo mówi, że zabiorą nas do Karlowych Var a stamtąd łatwo będzie nam się wydostać na Pragę, jedziemy. Mój wujek i ciocia z Holandii są w podobnym wieku i widzę sporo charakterystycznych dla Holendrów szczegółów. Przede wszystkim… jakby czas się zatrzymał, a oni ciągle byli młodzi, są bardzo wyluzowani. Na podłodze w samochodzie stoją 3 pudełka kaset.

-Jak kupowaliśmy to auto to trzeba było dopłacić za odtwarzacz CD więc mamy kasety. Wybierajcie, co chcecie słuchać?
Przeglądam nagrania z ich młodości, nie wszystkie zespoły kojarzę, wybieram The Doors. Do głowy mi nie przyszło, że puszczą to na cały regulator, tak że rozmowa z nimi będzie niemożliwa. Próbujemy spać, ale no nie da się… za głośno. Inga cedzi przez zęby:

-Zabije Cię za tych The Doorsów, następnym razem wybieram ja! 
-No i ciekawe, co wybierzesz, tam nie było nic spokojnego…
Kończy się kaseta i Inga rzuca się do wybierania

-Teraz Beatelsów! Są spokojniejsi…
No nie koniecznie zaryzykowałabym mówienie, że są spokojniejsi, ale niech jej będzie…
Po drodze pytam Ingi czy nie chciałaby zwiedzić tych Karlowych Var, bo uświadamiam sobie, że nie wiem jak dostać się do centrum Pragi…

-Miałyśmy zwiedzić Pragę! 
-A jak nie zwiedzimy nic, bo nas dziwnie wywiozą? 
-Zwiedzimy Pragę, zobaczysz.
Z ciekawszych rzeczy, to na całym dystansie kierowała kobieta, a jej mąż uparcie sprawdzał nawigację z mapą, tak jakby tylko czyhał na jej błąd, który coś się nie trafiał… Oprócz nawigacji i mapy rozłożonej na kolanach miał jeszcze wydrukowaną drogę z gogli do samego hotelu, w którym mieli nocować. Kontrola wyższą formą zaufania mówili…
I znów okazuje się, że trafiamy na tych, co chcą dobrze, a robią fatalnie. Wysadzają nas na stacji w jakimś dziwnym miejscu. Ani na drodze przy stacji, ani na niej nie ma ni pół auta.
Nie zastanawiając się po prostu siadamy i ze smutku zaczynamy jeść. Przyjeżdża jedno auto, ale po chwili odjeżdża. Po nim drugie, szkoda tracić szansę, biegniemy do kierowcy. Pytam o wylotówkę, podajemy mapę, żeby pokazał, coś macha, a po chwili rezygnuje.

-Zawiozę was, wsiadajcie!
Pakujemy się piorunem, to naprawdę cud, że tam nie utknęłyśmy. Wsiadamy, i słyszymy na cały regulator czeski metal. Puść mi muzykę w aucie, a powiem Ci, kim jesteś…
Nie jedziemy daleko, wysiadamy w miejscu, z którego nie ma opcji, wszyscy jadą na Pragę, ale nie ma tam za dużo aut. Na zatoczce obok nas chodzą kury. Rozważamy nieśmiało rosół…
Z jednego z aut jak szaleni machają do nas chłopaki i pokazują tabliczkę”PRAGA”. Okej, podejmujemy rękawicę wyścigu!
Chwilę później zatrzymuje się auto, a w nim umundurowany żołnierz. Podajemy mapę i pytamy gdzie jedzie. Wysiada, mapę rozkłada na przedniej masce samochodu i pokazuje nam miasto po drodze, do dzisiaj żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia, wyglądał jakby planował strategię :D
Jedziemy z nim, opowiada, że jeszcze 3 lata temu sam jeździł stopem. Teraz jedzie na służbę, jest snajperem. Na każdego kierowcę po drodze który łamie prawo drze się ile sił w płucach… Dobrze, że nie jedziemy z nim daleko. Po drodze widzimy chłopaków, którzy nam machali, teraz to my machamy im.
Wysiadamy. Do Pragi prosta droga, ale aut na niej niewiele. Niełamiemysię, przecież wciąż wygrywamy wyścig! Inga łapie, a ja coś pakuję przy plecaku. Zajeżdża żółte auto, odwracam się…

-Zwariowałaś?! Przecież to taksówka. Idź mu teraz tłumacz, że nie chcesz jechać.
Zmieszana Inga idzie i tłumaczy pomyłkę, po chwili wraca

-No skąd miałam wiedzieć, nie ma tego takiego na dachu…
Kierowca wbija wsteczny podjeżdża do nas:

-Jak do Pragi to za darmo, wsiadajcie! 
-Jak to za darmo?! 
-Wracam z kursu na bazę, zabiorę was. Gdzie chcecie jechać? 
-Gdzieś do centrum… 
-No to na dworzec was podrzucę.
Brzmi pięknie! Ładujemy się do taksówki rodem z TAXI3. Nasza średnia prędkość to 120km/h, a jedziemy drogą krajową… I tak uświadamiam sobie: jak masz gdzieś dojechać, to dojedziesz, nie martw się jak. Bóg ma plan, a Ty po prostu daj się prowadzić.
Taksówkarz okazuje się być genialnym człowiekiem. Opowiada o Pradze, mówi, co warto zobaczyć. On po czesku my po polsku, ale dobrze się dogadujemy. Opowiadamy nasze przygody i całą podróż. Słysząc, że Inga będzie w Pradze po raz pierwszy mówi, że zostawi nas na głównej ulicy, tak nam będzie łatwiej trafić. Pytamy, czy możemy potem mieć z nim zdjęcie, bo nikt nam nieuwierzy, że jechałyśmy taksówką!
Dojeżdżamy i wysiadamy na ulicy Paryskiej, jesteśmy w centrum Starego Miasta. Wysiadamy i żegnamy się…

-A zdjęcie?! 
-No tak! Zapomniałybyśmy!
I tak dotarłyśmy do samiuśkiego centrum Pragi, bardziej do celu się nie dało.

#6 Bóg, honor, rodzina



Plany były ambitne, a wyszło jak zawsze…

Obudziłyśmy się grubo po 11, co bardzo rozmijało się z założoną godziną wyjazdu. Trasa Stuttgart-Praga była zbyt długa, żeby spokojnie dotrzeć na miejsce w okolicach wieczora, wyjeżdżając koło południa. Nie bardzo wiedziałyśmy też jak trafić na wylotówkę, więc z konieczności zapowiadał się dzień postoju. Jakoś szczególnie nie byłyśmy tym zmartwione…Nie dało się ukryć, że braki w akumulatorach energii, po paru dniach naprawdę ekstremalnych warunków właśnie teraz wychodziły i domagały się uzupełnienia. Nocleg na łóżkach, pod dachem i w ciepłym miejscu był dokładnie tym czego potrzebowałyśmy, a nasze organizmy postanowiły skorzystać z okazji i odrobić braki, kompletnie ignorując budziki. 
Skoro już wstałyśmy to pozostała jeszcze tylko jedna potrzeba do zaspokojenia-głód. Padło na rozmrażaną pizzę, która dla nas była rozpustą, po diecie pasztetowej. W każdym innym momencie życia, rozmrażane jedzenie nie jest szaleństwem, ale autostop zmienia wszelkie perspektywy i jest to kolejna rzecz za którą te podróże uwielbiam! 

Kiedy poprzedniego wieczora dowiedziałyśmy się że dostaniemy własne łóżka, a nie podłogę, dostałyśmy ciepły posiłek i wymarzone piwo, prawie popłakałyśmy się ze szczęścia. To co codziennie jest standardem teraz uchodzi za najwyższą formę luksusu i okazuje się, że bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do tego co mamy. Tak bardzo, że zapominamy zupełnie za to dziękować, a przecież samo to że wstajemy danego dnia i mamy go do dyspozycji jest cudem! Podobno do wygód człowiek przyzwyczaja się już po 3 dniach (faktycznie, po powrocie z pielgrzymki tylko chwilę docenia się prysznic, później traktuje się to jak zwyczajne wyposażenie), dlatego staram się zawsze zapamiętywać to jak się czuję podczas podróży. Starannie kolekcjonuję braki i wszelkie niewygody żeby później móc sobie przypomnieć, że może być gorzej i wzbudzić w sobie wdzięczność. Jakoś tak, wdzięczny człowiek to szczęśliwszy człowiek.

Po posiłku bogów zakopałyśmy się z powrotem w śpiwory i…przespałyśmy cały dzień. Kiedy budziłyśmy się po raz drugi było po 17. Do powrotu chłopaków z pracy była jeszcze chwila, a planach miałyśmy zakupy (z naszym ogromnym majątkiem równym 8 euro) ale odłożyłyśmy je na wieczór.
Z braku zajęć, ale też ogromnej potrzeby podziękowania za gościnę postanowiłyśmy posprzątać (no bo co więcej kobieta potrafi wymyślić?), wypoczęte i szczęśliwe że możemy do czegoś się przydać rzuciłyśmy się w wir pracy.


Wieczorem zostałyśmy zawiezione do marketu. Znów ludzka dobroć i gościnność nas obezwładniła, bo chłopaki postanowili sponsorować nam zakupy (pomimo naszych argumentów, że właściwie potrzebujemy tylko dżemu, a na niego pieniążki mamy), a za punkt honoru postawili sobie wciśnięcie nam wszystkiego co zobaczyli na półkach i stwierdzili, że nam się przyda. Zakupy były ciężką bitwą…
-Weźcie jeszcze to! Żebyście nie były głodne
-Ale to dużo waży, bardzo dociąży nam plecaki 
-Może jeszcze to? Szybko zjecie… 
-Ale my to będziemy nieść na plecach! Nie podniesiemy plecaków! 
-Nie możecie brać tylko, tyle. To wam nawet na dzień nie starczy! 
-Jak nie starczy?! Jechałyśmy tu 5 dni na 1 chlebie, 2 pasztetach i zakąskach, nawet chleb jeszcze mamy.
 Całą walkę usłyszała jakaś Pani stojąca obok nas i odwróciła się z zapałem:
-Panie mieszkają tutaj? Pierwszy raz spotykam, tak miło usłyszeć język polski! 
-My tylko przejazdem, jutro wracamy  
-Oh, szkoda. To zawsze raźniej jak się znajdzie swoich! Ja już nie przeszkadzam, powodzenia! Miło było spotkać.
I zniknęła, my jeszcze chwilę stałyśmy w szoku, na co chłopaki:
-Tyle lat tu pracujemy i mieszkamy,a z nas nikt się tak nie cieszy!
Niby zwykłe spotkanie, a w nas pozostawiło ogromny ślad. Ciężko opisać radość spotkanej Pani, chochliki w oczach zapalone na dźwięk polskich szeleszczących głosek i promienny uśmiech witający rodaków. Widać było, że byłyśmy odpowiedzią na ogromną tęsknotę za krajem, której nie da się wymazać i zagłuszyć. Nam uświadomiło to tragedię osób zmuszonych do emigracji najczęściej zarobkowej.
Chociaż nie to było najtwardszym dowodem cierpienia Polaków. W pokoju w którym nocowałyśmy na ścianie nad materacem obok narysowanego różańca zrobiony był napis (pięknym stylem): ”Bóg, honor, rodzina”. Trzy słowa opisały sytuację lepiej niż godziny konferencji i dyskusji nad emigracją. Żadne rozmowy polityków czy socjologów stada argumentów, wyniki raportów i badań nie równają się z najprostszym i do bólu celowym komentarzem człowieka żyjącego i zarabiającego zagranicą.
    
Kiedyś fundament ”Bóg,honor,ojczyzna” był pierwotnym zestawem wartości, co do których odnosił się mężczyzna, fundamentem kształtującym charakter, podstawą na której budowało się decyzje i całe życie. Oczywiście ojczyzna wiązana była z rodziną, mocno w kontekście ”miejsca gdzie są i mieszkają moi najbliżsi”. Idei o którą warto było walczyć, za nią ginąć i o której byt starano się dopóki sił nie zabrakło. 

Dzisiaj pojęcie ojczyzny mocno upadło w oczach wielu ludzi. Zmuszeni do wyjazdu i rozłąki z rodziną czują się oszukani i opuszczeni, bo nie mogą na miejscu zapewnić godnego życia najbliższym. To nie tylko tragedia osobista…Kiedyś za to hasło ludzie gotowi byli stawać do walki o kraj, dzisiaj nikt by naszych granic nie bronił, nie czując przynależności do społeczeństwa. Ciężko w takiej sytuacji o patriotyzm. Jeszcze ciężej dziwić się ludziom, którzy zmuszeni do opuszczenia domu wracają do niego raz na miesiąc. Rodzina staje się priorytetem i motywacją do codziennej walki, która pochłania mnóstwo sił. Praca opłacana często na poziomie niższym niż podstawowe wymogi daje poczucie poniżenia, a odpowiedzialność za wszystko spada na sytuację w ojczyźnie.


Spotkana kobieta i napis na ścianie w pokoju chłopaków pokazały nam jak na dłoni dwa skrajne podejścia ludzi mieszkających zagranicą. Z jednej strony tęsknotę, z drugiej rozdzierający żal. Szkoda, że taka perspektywa nie dana jest do zobaczenia ludziom, którzy mogą coś w tym zakresie zdziałać...
Po zakupach udajemy się do miasteczka, które znajduje się obok tego w którym nocujemy. Słyszymy jego bogatą historię, oglądamy z daleka panoramę Stuttgartu i widzimy wzgórze stworzone na gruzach pozostałych po II Wojnie Światowej.
-Dziewczyny, ja was nie nudzę? Może nie chcecie nic zwiedzać?
Obawia się nasz przewodnik. Nawet nie wie jak cenne jest dla nas zobaczenie klimatu maleńkiego niemieckiego miasteczka, takiego z prawdziwego zdarzenia i usłyszenie wszystkich opowieści. Autostop daje nam właśnie to przepiękne doświadczenie kultury i charakteru danego państwa, a nie tylko najsłynniejszych zabytków i centrów turystycznych.
W drodze powrotnej widzimy z daleka tor gdzie testowane są samochody Porsche.

Na kolacje tworzymy piękny posiłek, a po nim dosiadamy się do codziennego posiedzenia wieczornego. Chłopaki stają na głowie żeby nas ugościć, chociaż zapewniamy, że nic nam do szczęścia nie potrzeba. Do posiłku mamy dostać wino, ale… nie ma nigdzie otwieracza. I zaczyna się bal. Chłopaki przynoszą największe śruby, wkręcają i próbują wyciągnąć korek, ale ten ani drgnie. Każdy ma inny pomysł na bezpieczne odkorkowanie wina i próbuje wcielić go w życie. My siedzimy i jemy oglądając całą akcję, jak pięciu chłopów biega po mieszkaniu szukając coraz to nowych trików. Bezcenny widok! 
Udało się akurat wtedy kiedy skończyłyśmy jeść:D
Jeszcze puste kubeczki

Kończymy też wino z poprzedniego wieczora, które ma trochę nadwyrężony korek, wiec słyszymy:
-Bo to nie jest banalna butelka! To wino z którym Francuz podczas wojny uciekał a Niemiec do niego strzelał i właśnie o tutaj trafił! To wino historyczne!
Przemiły wieczór niestety szybko dobiega końca, ponieważ następnego dnia wstajemy wcześnie rano żeby jeszcze przed pracą ktoś podwiózł nas na wylotówkę, tym razem naprawdę chcemy wyjechać i dotrzeć do Pragi.
Ciągle słyszymy:
-Może wrócicie ze mną? Ja pojutrze jadę do Polski, nie przez Czechy, ale bezpiecznie dotrzecie do domu?Jakbyście utknęły dajcie znać.
Widać, że nie bardzo wierzą w to że dojedziemy gdziekolwiek bezpiecznie… A mi w głowie tkwi cytat

”Statek najbezpieczniejszy jest gdy kotwiczy w porcie, ale nie po to buduje się statki”
Grace Hopper



#5 Kiedy myślisz, że już nic Cię nie zaskoczy...


Tym razem pobudka jest bardzo rześka. Wydychając powietrze pod nosem kłębią nam się chmurki pary wodnej, jest strasznie zimno. Podczas składania namiotu kostnieją nam palce, ja mam rękawiczki, ale mało pomagają. Bez śniadania idziemy łapać stopa, licząc że zagrzejemy się w samochodzie.

Jest po 7 i chyba niewiele ludzi chce nam zaufać, bo łapiemy około godziny. W końcu zatrzymuje się chłopak, ma ciemne czarne włosy i mocną opaleniznę, Inga rozmawia z nim (bardziej macha niż mówi) i woła mnie. Pakujemy się do samochodu, jesteśmy zdesperowane: jest nam zimno, jesteśmy, głodne i niewyspane. Muszę to podkreślić, bo wsiadamy do samochodu ze złożonymi siedzeniami tylnymi i pralką zajmującą większą część przestrzeni. Inga wciska się obok pralki i bierze plecaki, w sumie pod nimi tonie. Ja wsiadam do przodu, który wygląda jakby stado myszy walczyło o paczkę krakersów. No trudno. Musimy tylko dojechać, trochę daleko, ale bardzo dobrze nas podwiezie, bo zmienimy autostrady, mało kto tak jedzie, a tylko tak nam pasuje...

Szybki skan sytuacji: kierowca jedzie bez pasów, nie mamy lewego lusterka, prawe jest zbite, na całe auto huczy francuski hip-hop. No tragicznie nie jest. Proponuje nam papierosa, dziękujemy uprzejmie. Pali i już wiemy, to nie papierosy, to zioło... Całą drogę odpala szluga, a nam jest już w sumie wszystko jedno, byle jechać. Kończy się płyta i muzyka zmienia się na taką z filmów bollywood. Więc jeszcze raz: jedziemy z jarającym trawę arabem słuchającym hip-hopu, który kieruje bez pasów. Normalnie bym się załamała, albo całą drogę martwiła o życie, ale jest mi tak zimno (mimo włączonego ogrzewania na 20 stopni), że tylko siedzę i tworzę w głowie jakieś układy choreograficzne do muzyki. Na więcej nie było mnie stać.
Znowu porozumiewamy się tylko po francusku więc macha do mnie, że zjedzie z autostrady i nas zostawi w dobrym miejscu, tylko kupi kawę w McDonaldzie.

Podjeżdżamy do „domofonu”, okazuje się że jesteśmy za szybko, bo otwierają dopiero za 3 minuty i się zaczyna... Nasz kierowca mimo tego, że odpowiadam tylko „OK, aha, łi” na wszystkich intonacjach głosowych jakie przyjdą mi do głowy, czuje się bardzo zrozumiany, więc zaczyna przemowę. Coś chyba w stylu, że to jest Francja, tu wszyscy mają czas, a on musi wypić kawę. Po chwili się uspakaja i pyta czy jesteśmy rodziną pokazując na nasze oczy. Tłumaczę, że nie i słyszę Ingę z tyłu mruczącą pod nosem
-Wysiadamy przy najbliższej okazji
-To jest najbliższa okazja, przecież parkujemy pod Mackiem
Mimo wszystko zostajemy wierząc w dobre intencje... i nie mylimy się. Okazuje się, że Francuz zamówił 3 kawy, po jednej dla każdego! Możliwe, że pytał mnie jaką chcemy, bo sam miał cappuccino, a my espresso, ale kto by to zrozumiał...

Kawa od araba :)

To gdzie dalej?

Wyjeżdżamy z McDonalda i wysiadamy 200m dalej na parkingu, dostajemy kawy, cukier i pałeczkę do mieszania. Z wrażenia aż siadamy dokładnie tam gdzie wysiadłyśmy. Przecież mógł najpierw nas tu zostawić, a po kawę pojechać sam! Kolejny raz ludzka dobroć nas zaskakuje i dostajemy po nosie, za utarte stereotypy...

Stoimy w idealnym miejscu na wjeździe na autostradę i chwilę później zabiera nas jakiś starszy biznesmen. Język znów okazuje się barierą, do tego stopnia, że jest nam głupio, bo kierowca z całego serca próbuje się z nami dogadać machając. To pokazuje na radio zaznaczając, że to ulubiony piosenkarz, to na przywieszkę do kluczy tłumacząc, że to ulubiony klub piłkarski. Trochę się z nas podśmiewa, bo w odróżnieniu od poprzedniego przewoźnika zauważa, że ciągle powtarzam OK i nic więcej.

Wysiadamy na potężnej stacji, która w samym centrum budynku ma wystawę starej i nowej taksówki francuskiej (tej z filmu TAXI?). Stacja jest tak duża i skomplikowana, że miotamy się tam i z powrotem dwa razy obchodząc ją żeby znaleźć drogę wyjazdową.
W końcu stajemy i moje „bezbłędne” przeczucie się odzywa:
-Czuję, że będzie tutaj problem ze złapaniem czegoś
Jeszcze zanim się odwróciłyśmy zatrzymało się trzech chłopaków jadących do Pragi, ale z czystego rozsądku nie decydujemy się na podróż. 5 minut później jedziemy już z młodym małżeństwem. W końcu ktoś mówi po angielsku! Trochę rozmawiamy, ale głównie śpimy rozłożone na tylnych siedzeniach. Pomiędzy drzemkami podziwiam instalacje nawadniające pola kukurydzy (kto u nas podlewa kukurydzę?!) które przypominają potężne ważki unoszące się tuż nad uprawami...
Kiedy sił brak...

W pobliżu Strasburga pytamy czy mogliby nas gdzieś w mieście zostawić, bo chciałybyśmy pozwiedzać...
-Nie ma problemu, my mieszkamy w mieście, zawieziemy was.
Słysząc to wyobraziłam sobie, że mieszkają gdzieś na osiedlu, ale miałam nadzieję że chociaż wysadzą nas w okolicach centrum. Do głowy mi nie przyszło, że jedziemy z ludźmi mieszkającymi w SAMYM centrum, tuż przy maleńkim placu z ogromną karuzelą, skąd pieszo było może z 5 minut do katedry!
Obudziło się w nas dziecko :>
Obiad na bogato, bo nie jest
ważne co jesz, ale gdzie i z kim!

W ten sposób dostałyśmy się dokładnie tam gdzie chciałyśmy, czyli Pan Bóg zaplanował dla nas zwiedzanie Strasburga. A było co zwiedzać, oj było!
Przepiękne uliczki przystrojone kwiatami, zachwycająca katedra- taka jaką można zobaczyć na filmach francuskich (głównie historycznych), rzeka opływająca starówkę i zachwycające, stare budynki. Wszystko tam było piękne! Na każdym rogu robiłyśmy zdjęcie, a myśli o tym że powinnyśmy czym prędzej wyjeżdżać odganiałyśmy jak muchy.
My głodne, spragnione a tam tyle dobroci!

Prawie jak w Wenecji...
To miało być serduszko,
ale wiadomo o co chodzi
  
Ogromna katedra, Pan Bóg
mieszka na wypasie! :)
Witraże w katedrze
Wnętrze katedry

Twórczość własna
Zegar astronomiczny w katedrze
Nie wiemy jak to działało, ale wyglądało genialnie!

Uroczo!

Budynek wyglądający jak
część statku Piratów z Karaibów!
Piękne kawiarenki
Gdzieś tam mieszkali ludzie którzy nas tam dowieźli...

Uliczki...
Okna, wszystko zachwycało!


Ostatnie spojrzenie na karuzelę 
Tramwaj w Strasburgu


W końcu jednak rozum doszedł do głosu i skierowałyśmy się w stronę drogi wylotowej. Chociaż to za mocno powiedziane, bo przeszłyśmy dobre parę kilometrów, a drogi jak nie było tak nie było. Po dłuższym czasie doszłyśmy do granicy francusko niemieckiej (którą okazał się most), za którą ku naszemu przerażeniu rozciągało się niemieckie miasto Kehl.
Nie miałyśmy już zupełnie siły na dalszą wędrówkę, a plecaki ciągnęły nas do ziemi z ogromną siłą. Po drodze ja marzyłam o zimnym piwie z sokiem, a Inga o winie. Bez sił padłyśmy na najbliższe ławki i zaczęłyśmy szukać Wi-Fi chcąc sprawdzić jak daleko jest na wylotówkę z tego miasta. Inga coś klikała w telefonie, podczas gdy ja jednym uchem usłyszałam strzępek polskiej rozmowy. Obok nas na ławce siedziały dwie panie, takie jak na osiedlach w Polsce i rozmawiały po polsku. Z przypływu wdzięczności zmieszanej z entuzjazmem rzuciłam się do nich pytać jak stąd wyjechać. Wskazały nam drogę, okazało się że to niedaleko
-Tylko pilnujcie bagaży, bo tutaj tyle tałatajstwa się kręci... jak spuścicie chociaż na moment z oczu to już po plecakach!
Skąd się wzięły dwie polskie osiedlowe kumoszki na ławce pod granicą francuską, do dziś nie mam pojęcia, ale dla nas wtedy były jak skarb, dokładnie to czego potrzebowałyśmy żeby nie załamać się i iść dalej.
Poszukiwanie zajęły nam sporo czasu, więc zbliżała się noc, a my musiałyśmy dojechać pod Stuttgart, tam miałyśmy nocleg. Żadna z nas nie miała sił na spanie znów w namiocie.

Łapałyśmy na 3-pasmowej drodze jeszcze w mieście, ale tuż za światłami zaczynała się autostrada. Kilometr dalej przy stacji stało dwóch chłopaków też łapiących stopa. Nasza pozycja była strategiczna, bo to nas najpierw było widać, więc to nas pierwsze wezmą.
Po dłuższym czasie zatrzymał się busik na niemieckich rejestracjach.
Naszym kierowcą był wysoki postawny mężczyzna, trochę łysawy. Pomógł nam zapakować plecaki na tył i odgruzował przód z mnóstwa śmieci żebyśmy miały gdzie usiąść. Wsiadając Inga mruknęła tylko pytając czy na pewno mam gaz. Niemiecka rejestracja raczej gwarantowała bezpieczeństwo, ale no sylwetka kierowcy budziła wątpliwości...

Zaraz po ulokowaniu standardowo oceniam sytuację: no jest brudno, ale to nic o człowieku nie mówi, ma ciągle migającą nawigację, to wciąż żadna informacja, nawigacja ma ustawiony rosyjski język, to rodzi miliony pytań. Zamiast snuć czarne scenariusze oswajam strach i po prostu pytam, czy jest z Rosji i mieszka w Niemczech. Okazuje się, że nawigacja ustawiona jest na język bułgarski, który był kolebką rosyjskiego, a alfabet nie jest cyrylicą, a alfabetem bułgarskim. Nie wiem czy mnie to uspakaja.
Próbujemy się dogadać gdzie chcemy dojechać, ale jest duży problem, nie pamiętamy dokładnie nazwy mieścinki pod Stuttgartem, nie wiemy też z której jest strony. Nawigacja nie może nic takiego znaleźć, a nasza mapa dokładnością nie grzeszy... W końcu Bułgar widzi, że sobie nie radzimy i podaje nam swoją mapę- dużo dokładniejszą. Próbuje też nam pomóc pochylając się nad nią i... nie opanowuje kierownicy. Tuż przed barierką reflektuje się, że zjechał zupełnie na bok! To była wisienka na torcie naszego przerażenia. Przy prędkości 100 km/h wjechanie w barierkę byłoby tragiczne...

Jedziemy dalej i zjeżdżamy z autostrady, nie bardzo rozumiemy dlaczego. Wjeżdżamy w góry, a droga przypomina tą którą wjeżdża się w Górach Stołowych, nieustannie powtarzające się S.
Postanawiam pokonać strach rozumem, jeśli miniemy pierwszy parking w lesie i pojedziemy dalej, znaczy że nie ma złych zamiarów. Inga ściska mnie mocno za rękę. Cedzę do niej stanowczo przez zęby:
-Jak się boisz to się módl!
Wiem, że kierowca nas nie rozumie, ale nie wypada przy nim po polsku dyskutować... Mijamy wszelkie parkingi i jedziemy dalej, ja przyjmuję zdanie rozumu- jesteśmy bezpieczne, i zaczynam podziwiać teren na jakim się znajdujemy.
Mianowicie przejeżdżamy przez całe pasmo górskie Schwarzwaldu. Chwilę później okazuje się, że gdzieś na autostradzie jest korek więc nawigacja wyznaczyła trasę opcjonalną... Trochę dyskutujemy o Niemcach i ich kraju mijając ryneczki miast wypoczynkowych. Z każdej strony mamy piękne widoki.
-Niemcy nie są piękne, są czyste. Tutaj ludziom wpaja się pedanterię od urodzenia, nikt nic nie wyrzuca tak o, tylko do koszy. Ludzie są tutaj bardzo pracowici, ale nie są szczęśliwi. Biegają tylko od domu do pracy, może w piątek zrobią coś więcej. Stać ich na drogie samochody, ale co z tego kiedy nie mają czasu żeby nimi gdzieś pojechać...
O bardzo ważnych rzeczach mówi... Trasa okazuje się prawdziwą perłą, bo widzimy typowy niemiecki krajobraz, żeby było jeszcze piękniej oświetlony zachodzącym słońcem. Robimy zdjęcia telefonem Ingi, po chwili słyszymy
-Ten telefon... szajse. Mój jest dobry, SONY robi piękne telefony, tamten się psuje, pokażę wam jak zrobię zdjęcie zachodu.
Inga się oburza:
-Co szajse! Dałam za niego 800 zł, będzie mi tu krytykował...
Zatrzymujemy się specjalnie na drodze tam gdzie widać panoramę, żeby zrobić zdjęcie. W jednym z miasteczek na stromej drodze pod górę wyskakują nam prawie pod koła dwie starsze panie, a Bułgar zatrzymuje się spokojnie, po chwili rusza dalej. Ja już wiem, że jedziemy z niesamowicie dobrym, spokojnym i cierpliwym człowiekiem. Mówię to Indze, która odpuszcza odmawianie każdej modlitwy jaka jej przyjdzie na myśl i zaczyna rozglądać się dookoła.
W kolejnym mieście doznaje olśnienia i słyszę:
-Już wiem! Już wiem o co chodzi z autostopem! Tu nie chodzi o dojechanie do celu, a o drogę. To sama droga jest celem.
Ze wzruszenia prawie się tam popłakałam... Zrozumiała! Nie musiałam jej tego tłumaczyć, zrozumiała i poczuła sens autostopu. Pięknie się jeździ z takimi ludźmi, bo wtedy dużo łatwiej o wdzięczność i radość z prostych rzeczy. Udało się zarazić szaleństwem kolejną osobę :)
Widoki z trasy
Niemieckie miasteczka
Panoramy górskie
   
Dojeżdżamy do Stuttgartu i na wstępie wita nas samolot lądujący nam nad głowami (tuż obok autostrady jest lotnisko). Jest już zupełnie ciemno i okazuje się, że jesteśmy 50 km za daleko. Nasz kierowca zjeżdża na najbliższą stację, tankuje i wręcza nam paragon, tłumacząc przy tym strukturę adresu, żebyśmy dały konkretnie znać gdzie jesteśmy.
-Czemu nie mówiłyście wcześniej gdzie jechać?! Zawiózłbym was, teraz nie mogę się cofnąć!
-Nie znałyśmy dokładnego adresu...
-Niech po was przyjadą i nie wsiadajcie z nikim do auta, jest już za późno żeby z nieznajomymi jechać! 
Zdumiewająca troska zmieszana z solidnym kazaniem zupełnie nas zaskakuje... No więc siedzimy na krawężniku jak dwie sieroty i czekamy, chłopaki już po nas jadą, ale zajmie to z pół godziny. Zaczepiają nas ludzie pytając czy nam nie pomóc, musimy wyglądać naprawdę wątle. Podchodzi też dziewczyna w naszym wieku, pyta co się stało i czemu siedzimy po ciemku pod stacją. Rozmawiamy z nią chwilę, okazuje się że była kiedyś w Taize. Zapewniona o tym, że mamy gdzie spać odchodzi. 

W końcu docieramy na miejsce. Nocujemy w mieszkaniu służbowym pracowników budowy. Dostajemy własny pokój, ciepłe jedzenie i spełniają nam się marzenia o piwie i winie. Do 1 w nocy opowiadamy o wszystkim co nam się przytrafiło, chociaż siedzimy tam już tylko siłą woli, bo zmęczenie mocno daje się we znaki.


Plan jest taki, że wyjeżdżamy następnego dnia koło południa w stronę Pragi, którą chcemy zwiedzić nocą...